- Gdzie ona jest? - dopytywała się Dominika, chowając przekrwione oczy między palcami. Słone łzy ciekły jej powoli po policzkach zostawiając czarne smugi na jej bladej cerze.
Zayn trzymał swoją dłoń delikatnie na ramieniu Harrego. Anne Cox wtopiła się w ramiona syna pozostając w bezruchu, jakby w skamieniałości. Jack stał tuż przed chłopakiem wtulając się w jego nogi. Ciężar. Okropny, miażdżący ciężar przygniatał go do ziemi.
- Musimy ją znaleźć, nim coś jej się stanie - powiedziała wtem Anne - nie wiadomo, kiedy znów.... - urwała nagle, wtulając swoje usta w twarde ramię Harrego -
- Nie będzie takiej potrzeby - odparł chłopak, ocierając swoje zaciśnięte usta - Dzwoniłem do Jamesa.
- Gdzie dzwoniłeś? - wyparował nagle podniesionym głosem Liam - po co.
Przemilczał. Zmrużył oczy i spojrzał przed siebie tak jak jeszcze nigdy. Z dziwnym uporem, pozbawionym siły i sensu. Zacisnął pięści i chociaż jego żyły gwałtownie toczyły krew, która uderzała mu do skroni z niemożliwym do wyobrażenia bólem, przemilczał.
- Nie sądziłam - odparła Dominika - że nadejdzie ten dzień, gdzie nie tylko opuści nas fizycznie, ale i duchowo - przekręciła się na wózku, rozmasowując sobie uda.
- Nigdy nie robię niczego bez zastanowienia - odparł wtem Harry kładąc dłoń na uchwycie wózka inwalidzkiego. Obrzucił wszystkich pełnym dziwnych skaczących iskier spojrzeniem - jedziesz z nami Andy, powiedział po chwili, spoglądając w jej przymglone opadające z sił spojrzenie - zróbmy mały powrót do przeszłości -
- Dominika? - usłyszała wtem za swoimi plecami, dziwnie stary, zachrypnięty i przesiąknięty płaczem kobiecy głos - córeczko -
~~~~
Powrót do przeszłości. Szklane, nieco niewyraźne odbicie nieuchwytnych chwil, gdzie wciąż płatająca nam figle pamięć przekształca je w wyolbrzymione obrazy. Nie ma to nic wspólnego z chorobą ani żadnym defektem. Przekształcamy je lepiej, bo o ileż atrakcyjniej prezentują się pełne soczystych barw obrazy od zwykłych szkiców. Chociaż najlepszy pędzel nie zastąpi zwinnej ręki artysty.
Caroline kręciła się wokół swojej osi, a ręce Louisa oplatały ją melodyjnie, pozwalając jej płynąć.
"A Moment, A Love, A Dream along A Kiss, A Cry, our Right our Wrongs."
Jej ciepłe włosy odbijały ciężkie światło, zwiastowały odrodzenie ludzi, skazanych na zapomnienie.
W niewiedzy, mógł żyć tylko człowiek, dla którego odkrycie prawdy nie byłoby czymś ciężkim do zniesienia. Ona właśnie, istotnie, była takim człowiekiem. Odpornym, wyszlifowanym, odpornym na korozje i wewnętrzne uszkodzenia. Zastanówmy się, połączmy całą historię w jeden algorytm ludzkich zachowań. Kto ma w sobie tyle heroizmu, zawzięcia, by wszystko poświęcić?
Harry miał wówczas w głowie zbyt wiele prometejskich zapędów. Czas, utworzył z niego człowieka wszechstronnie myślącego, pełnego duchowo. W całkowitym i dosłownym tego słowa znaczeniu.
~~~~
- Zatrzymałeś się w Royal hotel? - spytała Melanie spoglądając na Jamesa spod burzy roztrzepanych w nieładzie włosów -
- Nie mogłem zostać w domu. A co, znasz ten hotel? - spytał niepewnie pakując rzeczy do ogromnej walizki -
- Nigdy tu nie byłam - skłamała -
Spojrzała na ciężki ustawiony na komodzie odtwarzacz. Błyszczący, z niezliczoną ilością guzików, i na dwuosobowe łóżko, zaścielone pedantycznie, ogromne, a w jej głowie pojawił się obraz trzech odciśniętych sylwetek na pomiętym prześcieradle. Miękki dywan łaskotał jej zmęczone od obcasów stopy. Obróciła się, próbując odgonić swoje myśli i ujrzała wtem ledwo tlące się światło dochodzące z niewielkiego pomieszczenia.
- Pójdę skorzystać z toalety - powiedziała cicho - Nie musiałeś tego dla niego robić - dodała po chwili wyciągając usta w grymasie -
- Robię to dla Ciebie - powiedział, po czym pociągnął zamaszyście za zamek, i opadł z zrezygnowaniem na łóżku. Podniósł jednak głowę i posłał jej porozumiewawczy uśmiech, lecz nie dostrzegła jego zarumienionej twarzy, ostrych rysów i soczystego spojrzenia, zniknęła za framugą. Spoglądał na nią przez chwilę, jak zza uchylonych drzwi spogląda w lustro i trzyma w ręku jednorazową hotelową szczoteczkę.
Melanie spoglądała w swoje odbicie i starała się dostrzec spojrzenie wciąż zwykłej dziewczyny, z krótszymi włosami, pełniejszymi policzkami, z pełnym uśmiechem i beztroską w sercu, której doznawała każdego dnia. Bez odpowiedzialności i zobowiązania. Teraz, na ten ułamek sekundy, gdy dotykała palcami swoich wystających obojczyków, zrozumiała, że spotkała ją niebywała historia, była wieszczem swoich czasów.
- Wyjeżdżam do Brisbane - powiedział wtem James, a jego mocny głos zabrzmiał dziwnie spokojnie. Melanie wychyliła głowę zza drzwi i podreptała bliżej niego.
- Wszystko, co człowiek pamięta, utrwala się, bo człowiek chce to pamiętać, Mel, dlatego ja nie zapomnę nigdy Ciebie, a Ty nie zapomnisz nigdy swojego życia. Bo wszystko, co Cię spotkało, zaprowadziło Cię dzisiaj tutaj do mnie, dlatego czuję się zobowiązany Ci powiedzieć, żebyś wracała.
- Dokąd? - spytała -
- Do domu, Melanie - powiedział posyłając jej ciepłe spojrzenie, pełne miłości i stłumionego bólu bezradnego mężczyzny - Koniec uciekania. Mieliśmy nas przez tyle lat, młodość nie trwa wiecznie.
Przed oczami mknęło jej bite szkło butelek po wódce i tequilli i 16to letnie serca, bijące tak głośno i tłoczące ciepłą, zdrową krew.
- Kocham Cię - powiedziała Melanie, muskając palcami jego pokrytą kłującym zarostem twarz -
- Czasami miłość nie wystarczy - odpowiedział, a jego uśmiech nabrał pochmurnego, nienaturalnego wyrazu - ja Ciebie też, a teraz idź -
Pobiegła. Dziko przemierzała kręte korytarze, pokryte czerwonym dywanem i spoglądała na swoje szklane odbicie w obrazach zawieszonych na kremowych ścianach. Stanęła przy ogromnej paprotce wspierając dłonie na złotej, masywnej porcelanowej donicy. Spojrzała na swoja brudne paznokcie i wysuszone kłykcie i cofnęła się. Biegła szybciej, niż myślała, że kiedykolwiek byłaby w stanie. Wpadła na rosłego chłopaka i wyrwała mu torbę z dłoni zarzucając ją sobie bez problemu na ramię. Mimowolnie się uśmiechnął.
- Paprotka - szepnęła - zbiłeś ulubioną paprotkę mojej mamy i tą obrzydliwą różową donicę, którą zrobiłam sama na zajęciach plastycznym w młodzieżowym domu kultury. -
- Tak, pamiętam - odparł - tak było - potwierdził znów, jakby się obawiał, że mu nie wierzy -
- Opowiedz mi tę historię jeszcze raz, a potem, potem wrócę do miejsca, które jest dla mnie domem -
- Jesteś pijana - powiedział Jack, przejmując od niej torbę -
- Wiem - odpowiedziała pukając się palcem wskazującym w głowę -
~~~~
- Mamo? - spytała Dominika, dziwnym, zdławionym w gardle głosem. Nie zdążyła jednak odpowiednio zareagować, gdy ujrzała za jej ramieniem starego posiwiałego mężczyznę, wspierającego się na kuli. Jego szare oczy zabłyszczały nieznacznie, gdy poczuł na sobie spojrzenie córki, jednak w porę zwiesił wzrok, pod naciskiem bijącego od niej żaru nienawiści i żalu. Zdawał się być jakiś zgarbiony, schorowany i przytłoczony niewidocznym ciężarem.
- Twój partner, Zayn ...
- Nie musisz kończyć mamo - przerwała jej, gdy poczuła na sobie jej łamiący się głos -
- Kochanie, dobrze Cię widzieć - powiedziała niepewnie kobieta, ściskając w dłoniach drobny, zawinięty w szary tekturowy papier pakunek -
- Ciebie mamo też dobrze widzieć, całą i zdrową - odparła Dominika, zawracając wózkiem w ich kierunku. Dawno oduczyła się impulsywności, lecz nienawiść buzowała w jej głowie, gdy dotknąwszy swojego nadgarstka, jak prawie zawsze, znów przypomniała sobie ciężkie męskie palce boleśnie wokół niego owinięte. Zapadła jakaś dziwna cisza. Ból przelał się Dominice wzdłuż zatok i gdy dotarł do oczu, dała upust swojemu cierpieniu i puściła wszelkie wodze, pozwalając ciepłym łzom spłynąć po policzku.
- I nawet nic nie powiesz, a zawsze miałeś tyle na mój temat do powiedzenia -
Znów milczał. Zayn zwiesił głowę, po czym podszedł do dziewczyny i położył jej dłoń na ramieniu. Wyrwała się gwałtownie i odjechała spory kawałek dalej, zbliżając się do swoich rodziców.
- Przeproś mnie - zagrzmiała - przeproś mnie za każdy dzień, w którym katowałeś mnie i moją matkę. Przeproś za każde obrzydliwe słowo, za wszystko, co zrobiłeś matce. - ściszyła głos -
Znów milczał. Co miał powiedzieć, stary zgorzkniały człowiek, szary, matowy, sprany, porwany, jak sfatygowane spodnie?
- Nie obchodzisz mnie, ale nie wybaczę sobie nigdy, że pozwoliłam matce z Tobą zostać. Kobiecie, która zlitowała się nad żałosnym chorym psychicznie człowiekiem -
- Dałem wam, co mogłem - odparł nagle, ledwo przebijając się przez odgłosy dochodzące z weselnej sali -
Dłońmi Dominiki wstrząsnęły dziwne konwulsje, gdy ujrzała dłonie ojca kurczowo oplecione wokół posiniałych nadgarstków jej matki. Dźwignęła dłonie na poręczach wózka i dźwignęła się z trudem na nogi.
- Zabiję Cię - szepnęła cicho, jakby w duchu - zabiję -
Stanęła. Stanęła na prostych nogach, odrywając zesztywniałe dłonie z skórzanych oparć. Wzięła głęboki wdech zdając się puszczać mimo uszu reakcje zebranych wokół ludzi, delikatne dłonie Zayna krążące wokół jej odrętwiałego ciała, próbujące ją podtrzymać. Odgoniła go gwałtownie dłonią, złapała matkę za przedramię i zrobiła dwa kroki przed siebie.
- Dominika - szepnęła Anne Cox, podchodząc do dziewczyny -
- Wybaczam Ci mamo, ale wybrałaś swoje życie - powiedziała łagodnie, dotykając jedną dłonią swoich napiętych kolan - Czuję mamo, czuję swoje palce - mówiła chaotycznie, a matka otarła córce szare łzy z policzka -
- To cudownie kochanie - powiedziała przez zaciśnięte gardło. Przez tę ostatnią chwilę w sowim życiu, poczuła się jak matka. Jak stara, spełniona kobieta, gdy ociera łzy szczęścia własnej córce. Elisabeth spojrzała za ramię swojej córki i ujrzała garstkę osób, którzy troskliwym i pełnym strachu wzrokiem spoglądali na jej córkę. Spoglądali w ten sam sposób, w jaki ona zwykła na nią patrzeć, lecz nigdy nie miała okazji pozwolić jej to dostrzec.
- Nie przejmuj się starą, obcą kobietą - odparła spoglądając córce w oczy - cieszę się, że znalazłaś rodzinę, a teraz chodź - powiedziała cofając się i wymijając swojego męża. Dominika spojrzała na żylaste trzęsące się pod ciężarem dłonie Elisabeth i minęła ojca, nie rzuciwszy mu nawet pojedynczego, nienawistnego spojrzenia.
- Andy? - rzuciła Elisabeth, patrząc w twarz czerwonej od łez dziewczyny, wspartej na ramieniu niewysokiego blondyna - Bo tak masz na imię, dobrze pamiętam? -
- Zgadza się - powiedziała niepewnie -
- Nie ma w życiu kobiety, nic gorszego od mężczyzny, który nie potrafi walczyć o jej miłość - odparła, po czym puściła córkę i niepewnym wzrokiem wodziła za jej nogami. Kiwnęła głową na Zayna, by się odsunął - James to wspaniały chłopak, zabierał Dominikę z domu za każdym razem, gdy nie mogłam jej pozwolić na siebie patrzeć - jej słowa zdawały się być tak wyprane z uczuć, jakby monotonia i zrezygnowanie nie pozwoliły jej nawet odbierać tego, jako ból.
- Ale z doświadczenia wiem, że dobre chęci nie wystarczą, dlatego Andy, Harry, może nie wiecie o tej dziewczynie tego, co wiem ja, może nie widzieliście jej tak zniszczonej, jak mnie było dane, ale nigdy nikogo tak nie kochała, poznam, chociażby patrząc człowiekowi w oczy, że kocha kogoś, aż na zabój - spojrzała w oczy wbitego w ziemię Zayna i jego głęboko piwne tęczówki, po czym przeniosła go na napięty kark swojego męża, wciąż niemającego odwagi się odwrócić.
- Panno Elisabeth Taylor, bo tak brzmi pani panieńskie nazwisko, prawda? - zaczął Harry -
Kobieta zaśmiała się.
- Lubiłam je. Przynajmniej czymś się wyróżniałam wśród ludzi - odparła, jakby mówiąc do siebie -
- James jest z nią teraz, niech mi pani zaufa, nie zostawię jej, nie zostawiłem i nigdy nie zostawię -
- Wiem, kochanie, wiem - powiedziała łagodnie -
- Pomogę pani, jeżeli mi na to pani pozwoli, pani Taylor - powiedział Zayn, łapiąc Dominikę w talii i mocno do siebie przytulając. Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko zalewając się rzewnymi łzami wtuliła swoje policzki w jego białą koszulę.
- Zayn, czuję swoje kolana, i, i moje palce... - szepnęła mu w szyję -
- Pani Docklands- poprawiła go - są w życiu chwile - zaczęła spoglądając na swojego schorowanego męża - w których trzeba wziąć odpowiedzialność, i doprowadzić do końca to, co się zaczęło -
~~~~
Szpitalne okna migotały w ciemności jak kostki Domina, lub starej gry w "snake", gdy mijali go samochodem, lecz nie przystanęli. Czarny mustang mknął dalej szosą, a James wpatrywał się w ekran swojej komórki z olbrzymim zaciekawieniem, pukając w jego ekranik swoim palcem.
- Jesteś tego pewna? - spytał, chowając komórkę pospiesznie do kieszeni -
- Jestem - odparła poprawiającą leżącą na jej kolanach torbę podróżną -
- Miałaś już nie uciekać - powiedział, po czym poprawił przednie lusterko -
- Miałeś lecieć do Brisbane - skwitowała, posyłając mu dziwny uśmiech - Nie uciekam. Lecę znaleźć tatę, odwiedzić grób matki. Naprawić to, o co nie zadbałam. O rodzinę. Uciekam?
- Być może - odpowiedział pospiesznie, parkując auto na podjeździe lotniska - lecę z Tobą, zadbać o Ciebie. "Obiecałem komuś" dodał sobie w myślach, po czym wyskoczył z samochodu i otwierając drzwi pasażera zabrał od niej ciemną torbę. Poprawiła swoją sportową bluzę narzuconą na obcisłą granatową sukienkę i chwyciła swoją torbę z jego dłoni.
- Zrozumieją - szepnęła - ukrywali przede mną chorobę, czas, żebym dowiedziała się całej prawdy o sobie i podjęła leczenie. Z ojcem u boku. - powiedziała spokojnie, z lekką zadumą spoglądając w jego napiętą twarz - Jak to ktoś mądry kiedyś powiedział, im więcej spotyka Cię złego, tym bardziej Cię to zniekształca. Być może, dlatego jestem taka spokojna?.
Przytaknął.
- Zadzwonię jeszcze do kolegi, żeby odebrał auto, nie może przecież tu stać, idź do informacji, odbierz zabukowane bilety last minute i zdaj bagaż, zaraz przyjdę -
Stanął na środku jezdni, w tę ciepłą, wręcz duszną noc. Za sobą słyszał gwar zabieganych ludzi, przed sobą widział pustą polanę, i krzyżujące się drogi rozległych autostrad i szum przejeżdżających samochodów. Nie wiedział, skąd w niej taki spokój, czy to pod wpływem emocji, bezradności, a być może z winy jej choroby? Zdawała się mieć plan, chociaż odkryła dzisiaj dziwną prawdę, że być może jej całe życie było kiepsko napisaną opowieścią z posklejanymi od czarnej kawy stronicami, z których nikt nie jest w stanie już nic odczytać. Zlane, zniekształcone litery.
- Harry, jestem już na lotnisku, jesteś pewien tego co robisz? - spytał James, zaciągając się papierosem -
- Widzę Cię - odparł do słuchawki chłopak - Nie oglądaj się. Przyszedłem tylko się pożegnać.
James westchnął donośnie i przymknął oczy by zdławić krzyk w płucach.
- Nie zostawiaj jej, to ją zniszczy -
- Nigdy mi to nawet nie przeszło przez myśl - odpowiedział chłopak -
Zayn trzymał swoją dłoń delikatnie na ramieniu Harrego. Anne Cox wtopiła się w ramiona syna pozostając w bezruchu, jakby w skamieniałości. Jack stał tuż przed chłopakiem wtulając się w jego nogi. Ciężar. Okropny, miażdżący ciężar przygniatał go do ziemi.
- Musimy ją znaleźć, nim coś jej się stanie - powiedziała wtem Anne - nie wiadomo, kiedy znów.... - urwała nagle, wtulając swoje usta w twarde ramię Harrego -
- Nie będzie takiej potrzeby - odparł chłopak, ocierając swoje zaciśnięte usta - Dzwoniłem do Jamesa.
- Gdzie dzwoniłeś? - wyparował nagle podniesionym głosem Liam - po co.
Przemilczał. Zmrużył oczy i spojrzał przed siebie tak jak jeszcze nigdy. Z dziwnym uporem, pozbawionym siły i sensu. Zacisnął pięści i chociaż jego żyły gwałtownie toczyły krew, która uderzała mu do skroni z niemożliwym do wyobrażenia bólem, przemilczał.
- Nie sądziłam - odparła Dominika - że nadejdzie ten dzień, gdzie nie tylko opuści nas fizycznie, ale i duchowo - przekręciła się na wózku, rozmasowując sobie uda.
- Nigdy nie robię niczego bez zastanowienia - odparł wtem Harry kładąc dłoń na uchwycie wózka inwalidzkiego. Obrzucił wszystkich pełnym dziwnych skaczących iskier spojrzeniem - jedziesz z nami Andy, powiedział po chwili, spoglądając w jej przymglone opadające z sił spojrzenie - zróbmy mały powrót do przeszłości -
- Dominika? - usłyszała wtem za swoimi plecami, dziwnie stary, zachrypnięty i przesiąknięty płaczem kobiecy głos - córeczko -
~~~~
Powrót do przeszłości. Szklane, nieco niewyraźne odbicie nieuchwytnych chwil, gdzie wciąż płatająca nam figle pamięć przekształca je w wyolbrzymione obrazy. Nie ma to nic wspólnego z chorobą ani żadnym defektem. Przekształcamy je lepiej, bo o ileż atrakcyjniej prezentują się pełne soczystych barw obrazy od zwykłych szkiców. Chociaż najlepszy pędzel nie zastąpi zwinnej ręki artysty.
Caroline kręciła się wokół swojej osi, a ręce Louisa oplatały ją melodyjnie, pozwalając jej płynąć.
"A Moment, A Love, A Dream along A Kiss, A Cry, our Right our Wrongs."
Jej ciepłe włosy odbijały ciężkie światło, zwiastowały odrodzenie ludzi, skazanych na zapomnienie.
W niewiedzy, mógł żyć tylko człowiek, dla którego odkrycie prawdy nie byłoby czymś ciężkim do zniesienia. Ona właśnie, istotnie, była takim człowiekiem. Odpornym, wyszlifowanym, odpornym na korozje i wewnętrzne uszkodzenia. Zastanówmy się, połączmy całą historię w jeden algorytm ludzkich zachowań. Kto ma w sobie tyle heroizmu, zawzięcia, by wszystko poświęcić?
Harry miał wówczas w głowie zbyt wiele prometejskich zapędów. Czas, utworzył z niego człowieka wszechstronnie myślącego, pełnego duchowo. W całkowitym i dosłownym tego słowa znaczeniu.
~~~~
- Zatrzymałeś się w Royal hotel? - spytała Melanie spoglądając na Jamesa spod burzy roztrzepanych w nieładzie włosów -
- Nie mogłem zostać w domu. A co, znasz ten hotel? - spytał niepewnie pakując rzeczy do ogromnej walizki -
- Nigdy tu nie byłam - skłamała -
Spojrzała na ciężki ustawiony na komodzie odtwarzacz. Błyszczący, z niezliczoną ilością guzików, i na dwuosobowe łóżko, zaścielone pedantycznie, ogromne, a w jej głowie pojawił się obraz trzech odciśniętych sylwetek na pomiętym prześcieradle. Miękki dywan łaskotał jej zmęczone od obcasów stopy. Obróciła się, próbując odgonić swoje myśli i ujrzała wtem ledwo tlące się światło dochodzące z niewielkiego pomieszczenia.
- Pójdę skorzystać z toalety - powiedziała cicho - Nie musiałeś tego dla niego robić - dodała po chwili wyciągając usta w grymasie -
- Robię to dla Ciebie - powiedział, po czym pociągnął zamaszyście za zamek, i opadł z zrezygnowaniem na łóżku. Podniósł jednak głowę i posłał jej porozumiewawczy uśmiech, lecz nie dostrzegła jego zarumienionej twarzy, ostrych rysów i soczystego spojrzenia, zniknęła za framugą. Spoglądał na nią przez chwilę, jak zza uchylonych drzwi spogląda w lustro i trzyma w ręku jednorazową hotelową szczoteczkę.
Melanie spoglądała w swoje odbicie i starała się dostrzec spojrzenie wciąż zwykłej dziewczyny, z krótszymi włosami, pełniejszymi policzkami, z pełnym uśmiechem i beztroską w sercu, której doznawała każdego dnia. Bez odpowiedzialności i zobowiązania. Teraz, na ten ułamek sekundy, gdy dotykała palcami swoich wystających obojczyków, zrozumiała, że spotkała ją niebywała historia, była wieszczem swoich czasów.
- Wyjeżdżam do Brisbane - powiedział wtem James, a jego mocny głos zabrzmiał dziwnie spokojnie. Melanie wychyliła głowę zza drzwi i podreptała bliżej niego.
- Wszystko, co człowiek pamięta, utrwala się, bo człowiek chce to pamiętać, Mel, dlatego ja nie zapomnę nigdy Ciebie, a Ty nie zapomnisz nigdy swojego życia. Bo wszystko, co Cię spotkało, zaprowadziło Cię dzisiaj tutaj do mnie, dlatego czuję się zobowiązany Ci powiedzieć, żebyś wracała.
- Dokąd? - spytała -
- Do domu, Melanie - powiedział posyłając jej ciepłe spojrzenie, pełne miłości i stłumionego bólu bezradnego mężczyzny - Koniec uciekania. Mieliśmy nas przez tyle lat, młodość nie trwa wiecznie.
Przed oczami mknęło jej bite szkło butelek po wódce i tequilli i 16to letnie serca, bijące tak głośno i tłoczące ciepłą, zdrową krew.
- Kocham Cię - powiedziała Melanie, muskając palcami jego pokrytą kłującym zarostem twarz -
- Czasami miłość nie wystarczy - odpowiedział, a jego uśmiech nabrał pochmurnego, nienaturalnego wyrazu - ja Ciebie też, a teraz idź -
Pobiegła. Dziko przemierzała kręte korytarze, pokryte czerwonym dywanem i spoglądała na swoje szklane odbicie w obrazach zawieszonych na kremowych ścianach. Stanęła przy ogromnej paprotce wspierając dłonie na złotej, masywnej porcelanowej donicy. Spojrzała na swoja brudne paznokcie i wysuszone kłykcie i cofnęła się. Biegła szybciej, niż myślała, że kiedykolwiek byłaby w stanie. Wpadła na rosłego chłopaka i wyrwała mu torbę z dłoni zarzucając ją sobie bez problemu na ramię. Mimowolnie się uśmiechnął.
- Paprotka - szepnęła - zbiłeś ulubioną paprotkę mojej mamy i tą obrzydliwą różową donicę, którą zrobiłam sama na zajęciach plastycznym w młodzieżowym domu kultury. -
- Tak, pamiętam - odparł - tak było - potwierdził znów, jakby się obawiał, że mu nie wierzy -
- Opowiedz mi tę historię jeszcze raz, a potem, potem wrócę do miejsca, które jest dla mnie domem -
- Jesteś pijana - powiedział Jack, przejmując od niej torbę -
- Wiem - odpowiedziała pukając się palcem wskazującym w głowę -
~~~~
- Mamo? - spytała Dominika, dziwnym, zdławionym w gardle głosem. Nie zdążyła jednak odpowiednio zareagować, gdy ujrzała za jej ramieniem starego posiwiałego mężczyznę, wspierającego się na kuli. Jego szare oczy zabłyszczały nieznacznie, gdy poczuł na sobie spojrzenie córki, jednak w porę zwiesił wzrok, pod naciskiem bijącego od niej żaru nienawiści i żalu. Zdawał się być jakiś zgarbiony, schorowany i przytłoczony niewidocznym ciężarem.
- Twój partner, Zayn ...
- Nie musisz kończyć mamo - przerwała jej, gdy poczuła na sobie jej łamiący się głos -
- Kochanie, dobrze Cię widzieć - powiedziała niepewnie kobieta, ściskając w dłoniach drobny, zawinięty w szary tekturowy papier pakunek -
- Ciebie mamo też dobrze widzieć, całą i zdrową - odparła Dominika, zawracając wózkiem w ich kierunku. Dawno oduczyła się impulsywności, lecz nienawiść buzowała w jej głowie, gdy dotknąwszy swojego nadgarstka, jak prawie zawsze, znów przypomniała sobie ciężkie męskie palce boleśnie wokół niego owinięte. Zapadła jakaś dziwna cisza. Ból przelał się Dominice wzdłuż zatok i gdy dotarł do oczu, dała upust swojemu cierpieniu i puściła wszelkie wodze, pozwalając ciepłym łzom spłynąć po policzku.
- I nawet nic nie powiesz, a zawsze miałeś tyle na mój temat do powiedzenia -
Znów milczał. Zayn zwiesił głowę, po czym podszedł do dziewczyny i położył jej dłoń na ramieniu. Wyrwała się gwałtownie i odjechała spory kawałek dalej, zbliżając się do swoich rodziców.
- Przeproś mnie - zagrzmiała - przeproś mnie za każdy dzień, w którym katowałeś mnie i moją matkę. Przeproś za każde obrzydliwe słowo, za wszystko, co zrobiłeś matce. - ściszyła głos -
Znów milczał. Co miał powiedzieć, stary zgorzkniały człowiek, szary, matowy, sprany, porwany, jak sfatygowane spodnie?
- Nie obchodzisz mnie, ale nie wybaczę sobie nigdy, że pozwoliłam matce z Tobą zostać. Kobiecie, która zlitowała się nad żałosnym chorym psychicznie człowiekiem -
- Dałem wam, co mogłem - odparł nagle, ledwo przebijając się przez odgłosy dochodzące z weselnej sali -
Dłońmi Dominiki wstrząsnęły dziwne konwulsje, gdy ujrzała dłonie ojca kurczowo oplecione wokół posiniałych nadgarstków jej matki. Dźwignęła dłonie na poręczach wózka i dźwignęła się z trudem na nogi.
- Zabiję Cię - szepnęła cicho, jakby w duchu - zabiję -
Stanęła. Stanęła na prostych nogach, odrywając zesztywniałe dłonie z skórzanych oparć. Wzięła głęboki wdech zdając się puszczać mimo uszu reakcje zebranych wokół ludzi, delikatne dłonie Zayna krążące wokół jej odrętwiałego ciała, próbujące ją podtrzymać. Odgoniła go gwałtownie dłonią, złapała matkę za przedramię i zrobiła dwa kroki przed siebie.
- Dominika - szepnęła Anne Cox, podchodząc do dziewczyny -
- Wybaczam Ci mamo, ale wybrałaś swoje życie - powiedziała łagodnie, dotykając jedną dłonią swoich napiętych kolan - Czuję mamo, czuję swoje palce - mówiła chaotycznie, a matka otarła córce szare łzy z policzka -
- To cudownie kochanie - powiedziała przez zaciśnięte gardło. Przez tę ostatnią chwilę w sowim życiu, poczuła się jak matka. Jak stara, spełniona kobieta, gdy ociera łzy szczęścia własnej córce. Elisabeth spojrzała za ramię swojej córki i ujrzała garstkę osób, którzy troskliwym i pełnym strachu wzrokiem spoglądali na jej córkę. Spoglądali w ten sam sposób, w jaki ona zwykła na nią patrzeć, lecz nigdy nie miała okazji pozwolić jej to dostrzec.
- Nie przejmuj się starą, obcą kobietą - odparła spoglądając córce w oczy - cieszę się, że znalazłaś rodzinę, a teraz chodź - powiedziała cofając się i wymijając swojego męża. Dominika spojrzała na żylaste trzęsące się pod ciężarem dłonie Elisabeth i minęła ojca, nie rzuciwszy mu nawet pojedynczego, nienawistnego spojrzenia.
- Andy? - rzuciła Elisabeth, patrząc w twarz czerwonej od łez dziewczyny, wspartej na ramieniu niewysokiego blondyna - Bo tak masz na imię, dobrze pamiętam? -
- Zgadza się - powiedziała niepewnie -
- Nie ma w życiu kobiety, nic gorszego od mężczyzny, który nie potrafi walczyć o jej miłość - odparła, po czym puściła córkę i niepewnym wzrokiem wodziła za jej nogami. Kiwnęła głową na Zayna, by się odsunął - James to wspaniały chłopak, zabierał Dominikę z domu za każdym razem, gdy nie mogłam jej pozwolić na siebie patrzeć - jej słowa zdawały się być tak wyprane z uczuć, jakby monotonia i zrezygnowanie nie pozwoliły jej nawet odbierać tego, jako ból.
- Ale z doświadczenia wiem, że dobre chęci nie wystarczą, dlatego Andy, Harry, może nie wiecie o tej dziewczynie tego, co wiem ja, może nie widzieliście jej tak zniszczonej, jak mnie było dane, ale nigdy nikogo tak nie kochała, poznam, chociażby patrząc człowiekowi w oczy, że kocha kogoś, aż na zabój - spojrzała w oczy wbitego w ziemię Zayna i jego głęboko piwne tęczówki, po czym przeniosła go na napięty kark swojego męża, wciąż niemającego odwagi się odwrócić.
- Panno Elisabeth Taylor, bo tak brzmi pani panieńskie nazwisko, prawda? - zaczął Harry -
Kobieta zaśmiała się.
- Lubiłam je. Przynajmniej czymś się wyróżniałam wśród ludzi - odparła, jakby mówiąc do siebie -
- James jest z nią teraz, niech mi pani zaufa, nie zostawię jej, nie zostawiłem i nigdy nie zostawię -
- Wiem, kochanie, wiem - powiedziała łagodnie -
- Pomogę pani, jeżeli mi na to pani pozwoli, pani Taylor - powiedział Zayn, łapiąc Dominikę w talii i mocno do siebie przytulając. Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko zalewając się rzewnymi łzami wtuliła swoje policzki w jego białą koszulę.
- Zayn, czuję swoje kolana, i, i moje palce... - szepnęła mu w szyję -
- Pani Docklands- poprawiła go - są w życiu chwile - zaczęła spoglądając na swojego schorowanego męża - w których trzeba wziąć odpowiedzialność, i doprowadzić do końca to, co się zaczęło -
~~~~
Szpitalne okna migotały w ciemności jak kostki Domina, lub starej gry w "snake", gdy mijali go samochodem, lecz nie przystanęli. Czarny mustang mknął dalej szosą, a James wpatrywał się w ekran swojej komórki z olbrzymim zaciekawieniem, pukając w jego ekranik swoim palcem.
- Jesteś tego pewna? - spytał, chowając komórkę pospiesznie do kieszeni -
- Jestem - odparła poprawiającą leżącą na jej kolanach torbę podróżną -
- Miałaś już nie uciekać - powiedział, po czym poprawił przednie lusterko -
- Miałeś lecieć do Brisbane - skwitowała, posyłając mu dziwny uśmiech - Nie uciekam. Lecę znaleźć tatę, odwiedzić grób matki. Naprawić to, o co nie zadbałam. O rodzinę. Uciekam?
- Być może - odpowiedział pospiesznie, parkując auto na podjeździe lotniska - lecę z Tobą, zadbać o Ciebie. "Obiecałem komuś" dodał sobie w myślach, po czym wyskoczył z samochodu i otwierając drzwi pasażera zabrał od niej ciemną torbę. Poprawiła swoją sportową bluzę narzuconą na obcisłą granatową sukienkę i chwyciła swoją torbę z jego dłoni.
- Zrozumieją - szepnęła - ukrywali przede mną chorobę, czas, żebym dowiedziała się całej prawdy o sobie i podjęła leczenie. Z ojcem u boku. - powiedziała spokojnie, z lekką zadumą spoglądając w jego napiętą twarz - Jak to ktoś mądry kiedyś powiedział, im więcej spotyka Cię złego, tym bardziej Cię to zniekształca. Być może, dlatego jestem taka spokojna?.
Przytaknął.
- Zadzwonię jeszcze do kolegi, żeby odebrał auto, nie może przecież tu stać, idź do informacji, odbierz zabukowane bilety last minute i zdaj bagaż, zaraz przyjdę -
Stanął na środku jezdni, w tę ciepłą, wręcz duszną noc. Za sobą słyszał gwar zabieganych ludzi, przed sobą widział pustą polanę, i krzyżujące się drogi rozległych autostrad i szum przejeżdżających samochodów. Nie wiedział, skąd w niej taki spokój, czy to pod wpływem emocji, bezradności, a być może z winy jej choroby? Zdawała się mieć plan, chociaż odkryła dzisiaj dziwną prawdę, że być może jej całe życie było kiepsko napisaną opowieścią z posklejanymi od czarnej kawy stronicami, z których nikt nie jest w stanie już nic odczytać. Zlane, zniekształcone litery.
- Harry, jestem już na lotnisku, jesteś pewien tego co robisz? - spytał James, zaciągając się papierosem -
- Widzę Cię - odparł do słuchawki chłopak - Nie oglądaj się. Przyszedłem tylko się pożegnać.
James westchnął donośnie i przymknął oczy by zdławić krzyk w płucach.
- Nie zostawiaj jej, to ją zniszczy -
- Nigdy mi to nawet nie przeszło przez myśl - odpowiedział chłopak -
w taki oto sposób, kończy się tak jakby "1 książka" tego opowiadania. Teraz zacznę drugą, ale to już po maturze więc musicie się uzbroić w cierpliwość :) Komentujcie co tam myślicie misie xxx

SIEDZĘ SOBIE ZARYCZANA, DZIĘKUJĘ CI MELCIA ZA TE RYCZNISIOWE WIECZORY Z KAŻDĄ KOLEJNĄ CZĘŚCIĄ, LEPIEJ PISZ JUŻ TĄ MATURĘ BO SMUTNO MI BĘDZIE PRZEZ TEN CZAS. KIEPSKO MI IDZIE RECENZOWANIE ZRESZTĄ SAMA WIESZ, ALE I TAK CIĘ KOCHAM :*
OdpowiedzUsuńjest 00;00. siedzę tak od ponad 6 minut i patrzę w migający kursor, zastanawiając się od czego zacząć i co Ci napisać. kolejna burza rozpętana w mojej głowie, wydaje się, ze chce wybuchnąć, rozsadzić mi czaszkę i wyjść na wierzch, aby dać sobie upust. Twój talent do manipulowania ludzkimi uczuciami i emocjami jest wprost niemożliwy do opisania słowami. masz w sobie coś co powoduje, że Twoje pisanie przyciąga, nie pozwala się oderwać, zmusza do tak krewsko ciężkich przemyśleń. skąd takie rzeczy biorą się w człowieku? Boże, czy można kogoś kochać tak bardzo, ze poświęca się swoje własne życie, aby być z tą osobą,? czy można kochać tak bardzo, że nie patrzy się na to, jak bardzo nas to niszczy i rani? czy można kochać tak bardzo, że traci się wszelkie granice rozsądku i postępuje irracjonalnie do tego stopnia, że zaczynamy przerażać samych siebie? Ty udowadniasz, że można. Pokazujesz rzeczy, o których z reguły zwykło się nie mówić. Przedstawiasz dziewczynę, która przeszła tak wiele, ze zdaje się, że więcej los już nie jest w stanie rzucić na jej barki, po czym okazuje się, ze wszystko co wydarzyło się do tej pory jest niczym, w porównaniu z tym co dopiero stanie się jej udziałem. zagubiona? oszukana? samotna? mimo tego, że tak bardzo kochana. Postać chłopaka, który kocha tak desperacko, w co aż ciężko uwierzyć. Boże, nagle dostałam słowotoku, a i tak bredzę bez sensu. nie umiem wyrazić w wystarczająco elokwentny sposób tego co chcę Ci przekazać. Mam tylko nadzieję, że będziesz pisać dalej, bo ja z utęsknieniem będę wypatrywać kolejnych rozdziałów tego niezwykłego opowiadania, które w pewnym sensie stało się częścią mojego życia, a co za tym idzie nie pozwala mi się skupiać na nauce do matury. Także kochana. skup się teraz na maturach, pokaż na co Cię stać, udowodnij swoją wielkość, a potem wróć tu i dokończ to co zaczęłaś. (przepraszam kompletny brak składni)
OdpowiedzUsuńjeszcze Cię nie poznałam, a już Cię kocham tak mocno, że nie jestem w stanie ogarnąć tego myślami. Łzy mi ciekną, bo interpretujesz to co piszę w dokładnie taki sposób, jaki chciałam żeby ludzie to widzieli. DO ZOBACZENIA NIEDŁUGO KOCHANIE I DZIĘKUJĘ <3
Usuńpo prostu chyba tego nie da sie opisac słowami. nie da sie opisac tego w jaki sposob kazde napisane przez Ciebie słowo oddziałuje na ansza wyobraznie i jak mocno trafia nawet do serc. kazdego dnia wchodze na tego bloga z nadzieją,ze moze jednak mialas chwile wolnego i cos wstawilas. ale niestety nie. w takich przypadkach zadowalam się początkowymi rozdziałami i odświeżam sobie jak to wszystko się zaczelo. jak zaczelo sie moje cholerne uzależnienie od Twojego opowiadania. dokladnie pamietam te nieprzespane noce bo lezac w lozku kilka godzin myslalam sobie jak to potoczą sie dalsze losy bohaterow.. i chyba na tym głownie polega magia Twojego opowiadania i magia Twojego pisania. że potrafisz w kazdym czytelniku zaszczepic taka chęc powrotu tu-na Twojego bloga. sposob w jaki budujesz napięcie w kazdym rozdziale powoduje,ze ludzie sa ciekawi co wydarzy sie w kolejnym etapie. i dziekuje Ci za to po raz kolejny. że nie marnujesz swojego cholernie wielkiego talentu do wzbudzania w ludzich chyba calego wachlarza emocji. daj z siebie wszystko w tym maju i czekamy z niecierpliwościa na kolejny rozdzial.
OdpowiedzUsuńTy juz o tym wiesz ale powtorze to po raz kolejny. Strasznie Cię kocham i nawet nie wiesz jak bardzo cenie Twoj talent pisarski...
ja też Cię kocham Sikora, damy z obie z Siebie wszystko w tym maju i będziemy miały wspaniałe3 miesiące wakacji! Dziękuję Ci, i wszystkim za te miłe słowa bo mam dla kogo pisać! Każdy w swoim życiu musi mieć jakiś inny świat, do którego zawsze może wrócić. Ja sobie taki tworzę, i tworzę go też dla was.
UsuńNASZA NARNIA. xxx
No więc witam, jest godzina 07:45, kiedy zaczynam to pisać, za oknem pada deszcz, słucham Sweet Disposition, więc wena na pewno mnie nie opuści. ♥ Czuję, że będę bełkotać, ale to dlatego, że już pochlipuję.
OdpowiedzUsuńKiedy dodałaś tego tweeta w treść opowiadania... Do tego momentu nie stało się nic "wielkiego", ale już wtedy coś we mnie pękło. Może to dlatego, że nasza rozkmina wciąż we mnie siedzi i wypala mnie od środka, milimetr po milimetrze.
Zupełnie, jak Twoje opowiadanie.
Na TT zapytałam Cię, czy wiesz, jakie to uczucie, kiedy coś się kończy i pozostawia w Twoim życiu pustkę. Tak jest w przypadku Twojego opowiadania, które wnika w człowieka i swoim realizmem przeżera go na wylot, pozostawiając w nim niezasklepialną dziurę.
Jest idealnym portretem psychologicznym miłości. Miłości trudnej, ale bezwarunkowej, bezgranicznej; szalonej, czasem nieodpowiedzialnej; nierozsądnej ale szczerej. Żywej. Czystej.
"A moment"
Dziękuję Ci za wszystkie wieczory i noce, podczas których mogłam poznać Melanie, Dominikę, Harryego, Zayna, Liama, Caroline i Louisa, Andy i Nialla, Jamesa, wreszcie Anne. Dziękuję Ci, za to, że Twoje wyobrażenie o nich tak bardzo zapadnie mi w pamięć.
"A love"
Dziękuję Ci, że mogłam być świadkiem miłości. Miłości nie zawsze łatwej, ale za to zawsze prawdziwej. Miłości nie zawsze t r w a j ą c e j, ale t r w a ł e j. Ale też miłości matczynej, troskliwej i obejmującej. Miłości, która istnieje w człowieku całym nim.
"A dream"
Dziękuję Ci, za to, że pokazałaś, że każdy ma prawo do szczęścia. Dziękuję Ci, że pokazałaś, jak piękna może być sama walka o to szczęście, nawet jeżeli nie zawsze jest udana.
"A laugh"
Dziękuję Ci, za to, że pokazałaś, że można być szczęśliwym, nawet z ogromnym bagażem doświadczeń.
"A kiss"
Dziękuję Ci, za to, że przywróciłaś mi wiarę w miłość. Być może trudną, toksyczną, złą, nieodpowiedzialną, szaleńczą, ale jednak miłość. To chyba najpiękniejsze uczucie na świecie, niezależnie, w jakiej formie.
"A cry"
Dziękuję Ci, za to, że pokazałaś także mroczne strony uczuć, ale również za to, że pokazałaś walkę ze "złem" tych uczuć. Wewnętrzną walkę człowieka z samym sobą, na wielu płaszczyznach... Nic, co ludzkie, nie jest nam obce, prawda?
"Our rights, our wrongs"
Dziękuję Ci, za to, że pokazałaś piękno uczucia w najczystszej, niezakłamanej postaci - czynami bohaterów.
"Won't stop to surrender"
Wreszcie, dziękuję Ci, ale to już w wymiarze prywatnym, za to, że dałaś mi siłę, by iść do przodu, zupełnie, jak boherowie Twojego opowiadania. Za to, że wniosłaś do mojego życia tyle radości tym opowiadaniem. Za wieczory i noce, kiedy podbijałam Ci statystyki, wchodząc na bloga. Za swego rodzaju fangirling uprawiany nad nim.
Dziękuję Ci, za to, że tak idealnie przekazujesz myśli i wnikasz do serc. Dziękuję Ci, za to, że starałaś się, dla nas, czytelników.
Dziękuję Ci, za to, że mogłam być świadkiem jednej z najpiękniejszych historii miłosnych w opowiadaniach, jakie czytałam.
Dziękuję.
Kocham, mimo wszystko, za wszystko. ♥
Rozpływam się jak ciepłe masło.
UsuńWiesz, czego w tym wszystkim jeszcze brakuje? Coś się jakby za każdym razem ulatnia, jak alkohol, paruje, jak wrząca woda i znika gdzieś w przestrzeni.
Marzenia. Trzeba ucieleśniać marzenia. Jakie jest nasze? Spokojnie, Mika, kiedyś pojedziemy, i głęboko odetchniemy tym samym powietrzem co oni. Poddamy procesowi te czasem cząstki tlenu azotu i dwutlenku węgla. Może nawet kropla potu z ich czoła spadnie nam na głowy.
W głowie sięgam marzeniami coraz dalej. "Sweet disposition" to idealny ciąg mojej wyobraźni. Ale tylko wyobraźni, która ma upust tutaj.
Directioner ∞
Też kocham, za wszystko, i mimo wszystko.
JEJKU, ROZWALASZ MOJĄ PSYCHE, SZASTASZ MOIMI UCZUCIAMI.. A JA WCALE NIE CHCĘ, ŻEBYŚ PRZESTAWAŁA! KOCHAM CIĘ ZA TO, ŻE POMIMO MATURY DODAŁAŚ KOLEJNY ROZDZIAŁ. GDYBYŚ TY WIDZIAŁA MOJĄ RADOŚĆ ZA KAŻDYM RAZEM GDY WIDZĘ NOWY ROZDZIAŁ ! <3
OdpowiedzUsuńChciałam Ci powiedzieć, iż obserwuje wiele opowiadań, ale nie wracam do nich, bądź po kilku rozdziałach nudzą mnie, lecz to co Ty piszesz uzależnia, sprawdzam twój blog codziennie, choć wiem, że jest takie coś jak powiadomienie :D A jak Ci poszły matury do tej pory? I powodzenia w następnych. ♥
OdpowiedzUsuńna razie matury poszły jak po maśle! Dziękuję Ci baaardzo, następną mam w środę :D
UsuńCieszę się że Ci się podoba, mam nadzieję, że się nie znudzisz, bo wiele do jego zakończenia nie zostało.
buzi xx
nie wiem co mam napisać... jest prawie 4 rano a ja od kilku godzin siedzę z laptopem na kolanach i czytam z zapartym tchem coraz bardziej i bardziej zatracając się i żyjąc życiem Mel innych bohaterów :) myślę, że moje głębokie przeżywanie tego nie jest spowodowane tylko i wyłącznie mrokiem nocy ale sposobem przekazania wszystkich uczuć i emocji przez Ciebie... tak, to Twoje opowiadanie jest przyczyną mojej bezsenności, która sprawia, że nie odczuwam zmęczenia, wręcz przeciwnie, sprawia mi przyjemne podniecenie, kiedy otwieram nowy rozdział i zastanawiam się co nowego może się w nim wydarzyć... to jest tak wciągające i dające taką przyjemność jak narkotyk, niebezpiecznie uzależnia ale daje kopa na pewien czas... nie umiem słowami wyrazić mojego podziwu... rozpływam się, nie jest to zwykłe opowiadanie, które czytam jak dobrą książkę, która daje mi rozrywkę, to coś więcej, co rozpala mnie od środka, co sprawia, że moje myśli są poruszone do granic możliwości, coś co sprawia, że mój umysł sam podpowiada mi, żebym przeczytała kolejny i kolejny rozdział, który znów poruszy najdalsze zakamarki mojej duszy... sposób w jaki piszesz, pozwala na życie życiem i perypetiami tych wszystkich bohaterów, perspektywa w której ich prezentujesz, pozwala na zapomnienie, że są to członkowie popularnego boysbandu i daje możliwość wiary cuda, wiary w to, że marzenia się spełniają, że "miłość jest wieczna", silna, naznaczona cierpieniem ale piękna, pełna poświęceń ale warta swojej ceny, miłość fizyczną pokazujesz jako zastąpienie miłości duchowej, która rozwija się w umysłach bohaterów... to wszystko tworzy piękną kompozycję, zaryzykowałabym stwierdzenie, że to dobry poradnik dla nastolatków, wkraczających w dorosłe życie, dla aktywistów szukających własnej drogi i własnego ja... mimo tego, że Cię nie znam, muszę stwierdzić, że zakochałam się, jestem pełna podziwu i zazdroszczę tak cennego talentu, który w taki umiejętny sposób potrafisz wykorzystać , sprawiając, że ja łaknę więcej i więcej... pozdrawiam i chciałabym otrzymywać powiadomienia o pojawieniu się rozdziału...
OdpowiedzUsuń