środa, 26 października 2011

cz. 1 what has he done?!


Było potwornie zimno, to pamiętam na pewno. Stałam przed halą Docklands Arena i przyglądałam się jak rozgrzane do czerwoności, mimo -20 stopni, policzki oszalałych dziewczyn w przedziale wiekowym 10-16 kleją się do zaparowanych szyb wejścia w oczekiwaniu na moment, w którym wszystkie niczym stado bizonów zaczną przemieszczać się w kierunku głównej hali. Stałam tak z Andy trzęsąc się z zimna w oczekiwaniu na moją siostrę Caroline z ogromnymi cyckami i nienaturalnie podwyższonym słupkiem własnej samoooceny i z platynowo wybielonymi zębami. Gdy człowiek dogłębnie przyjrzy się statystykom jej przeszłej oraz teraźniejszej aktywności seksualnej zdawać się może, że tylko ja widzę ją jako wredną, wysztafirowaną ekshibicjonistkę, wszyscy jej byli faceci mimo bólu i upokorzenia jakie przez nią doznali, ciągle zdają się sprawiać wrażenie subtelnie oczarowanych jej udawaną niewinnością i delikatnością. A propos delikatności, nie sądzę, aby umknęły ich uwadze jej nadnaturalnie masywne dłonie. Kto normalny ma takie dłonie? Szła w naszym kierunku w wysokich platformach od Jeffreya Campbella i w idealnie ułożonej ciemno blond fryzurce z podpalanymi na jasny blond końcówkami. Mimo starań, jakie wkładałam w to by być zupełnie inna niż ona, obie żywiłysmy zamiłowanie do podobnych fryzur, z tym, że ja preferowałam ciemno brązowe podpalane na rudy. Spojrzała na mnie swoim szklistym jasno niebieskim spojrzeniem i przytuliła chłodno na przywitanie.
 - No już, do środka, na prawo. I idźcie za mną spokojnie, żeby żadna z tych totalnych debilek nie zauważyła, że wchodzicie, bo to nie skończy się najlepiej.
Andy szturchnęła mnie w ramię i uśmiechnęła się szeroko
- Andy, mówiłam Ci już, to nie moje klimaty, nie będe się zachowywać jak Ty dzisiaj rano, jak się dowiedziałaś, że możemy tu przyjść.
Ściągnęłam wargi w grymasie i wyjęłam z kieszeni gumę do żucia.
 - Mel proszę Cię, zoabczysz to zrozumiesz.
Nie wiedziałam co mam zobaczyć, nie wiedziałam też, czy przypadkiem nie udawać rozwolnienia albo nagłego ataku miesiączkowego żeby móc schować się w pomieszczeniu dla służby za kulisami z kubkiem gorącej i niesamowicie dobrej kawy którą serwowali w Docklands Arena. Ciekawość jednak była ode mnie silniejsza. Andy była niepowtarzalna. Jest to być może dośc ogólnikowe pojęcie, ale sprawiała z samego początku wrażenie zwyczajnie nieodkrytej i niesamowitej istoty z tajemniczymi wielkimi oczami, ognisto rudymi włosami i niesmiałym lecz szerokim uśmiechem. Jej szczerość często znosiła mnie do parteru a poczucie odpowiedzialności jakie miała często zawstydzało mnie w obliczu mojego nieróbstwa i lenistwa. Nie mogłam pojąć, co Andy widzi w tym boysbandowym zespole, w tych popowych brzmieniach. Często zachodziłam w głowę, czy to rzeczywiście miało cokolwiek wspólnego z muzyką, czy tylko personalnie i czysto fizycznie z facetami, którzy tworzyli ów tak sławną w Anglii i na świecie grupę. Gdybym mogła, głosowałabym raczej za tym drugim. Coś magicznego jest w seksualności, bo przystojny facet choćby śpiewał najgorszą szmirę, najnędzniejsze słowa w akompaniamencie najbardziej prymitywnych akordów, zdawał by się być miodem dla uszu. Z nią pewnie teraz tak było i niedługo miałam się o tym przekonać.
 - Wiecie co - zaczeła Caroline - troje z nich są jeszcze wolni.
 - I co w związku z tym? - spytałam zgryźliwie.
Andy zaśmiała się i wtuliła się w moje ramię wydając dziwne i nieopisane odgłosy.
 - Myślę, że chyba jednak wiem co z tego - dodałam po chwili -
Caroline znów rzuciła mi swoje zimne spojrzenie i wchodząc z impetem do biura na najwyżyszym piętrze gdzie w międzyczasie dotarliśmy, rzuciła na kanape swoją torebkę i usiadła z impetem.
 - Melanie! No nareszcie, tak strasznie jest zimno - szepnął mój tata i przytulił mnie do siebie mocno - i co dziewczynki? Podekscytowane?
Jego szeroki uśmiech przyprawił mnie o mdłości i jedyne na co się zdobyłam w akompaniamencie dziwnych pomrukiwań Andy, to było sarkastyczne i niedowierzające spojrzenie. Często miałam ochotę stanąć przed ojcem i po prostu powiedzieć " Człowieku, mieszkasz ze mną od 19 lat i wciąż nie wiesz zapewne ile mam lat"
 - Tak tato, strasznie! - pisnęłam teatralnie -
Caroline znów spojrzała na mnie pogardliwie, podeszła do mnie, objęła mnie i pocałowała w czoło.
 - Nie przejmuj się tato, przyjdzie czas a kiedyś nasza Melanie dojrzeje.
Nauczyłam się już w swoim 19-to letnim doświadczeniu, żeby ignorować i nie komentować jej sarksatycznych komentarzy. Nie miałam już nerwów ani ochoty dyskutować z nią na tematy, które mentalnie przekraczały jej intelektualne zdolności. Swoją drogą, powinna być mi za to wdzięczna. Ojciec wziął z biurka 3 plakietki VIPowskie i wręczył nam po jednej. Spojrzał na mnie ciepło i wyciągnął z kieszeni swoje ulubione krówki ciągutki, które mama przysyłała nam z Polski. Uśmiechnęłam się szeroko na ich widok, bo była to jedyna rzecz, która smakiem przypominała mi momenty w których piłam z mamą i ojciem przesłodzoną rozpuszczalną kawę i oglądałam wieczorami głupie teleturnieje. Od śmierci mamy, tata co tydzień zamawia trochę tych słodkich cukierków z Polski. Bo chociaż można podobne kupić w Anglii, to i tak nigdy nie będzie to samo. Wzięłam ochoczo dwa cukierki dla mnie i Andy i wyszłyśmy pospiesznie z gabinetu. Caroline nigdy nie zjadła żadnej krówki, co zapewne dlatego, że wciąż się odchudzała. Trudno pewnie zatem wyjaśnić, skąd te opakowania po pralinkach Lindt które wiecznie znajduję u niej w pokoju.
 - Cześć Andy! - krzyknęłam do wysokiego i szczupłego chłopaka stojącego obok potężnych obitych bordową skórą drzwi. Zawsze śmialiśmy się że Andy i Andy mają tak samo na imię, nie wiem czy był to zwykły zbieg okoliczności biorąc pod uwagę, że byli do Siebie całkiem podobni. Andy miał 23 lata i pracował w firmie mojego ojca od dwóch lat jako kompetentny i podobnie jak moja Andy, odpowiedzialny pracownik bezpośredniej ochrony. Był niesamowicie wysoki, szczupły i niewiarygodnie silny. Do tego miał tak przyjazne i pełne otwartości usposobienie, że dogadywał się z każdą wielką osobowością pojawiajacą się w Docklands Arena. Spojrzałam uważnie na drzwi i wytęrzyłam słuch by doslyszeć chociaż skrawek jakiegoś dialogu, śmiechu, czy próby głosu. Zupełną niczym niezmąconą ciszę przerwały słyszalne aż w tej części Docklands Areny piski i krzyki nastolatek zapewne przekraczające dopuszczalną siłę decybeli.
 - Jezu Chryste - szepnęłam - Niech się lepiej chłopaczki pośpieszą, bo one wszystkie się posikają -
Andy spojrzał się na mnie i pokiwał znacząco głową.
 - Chłopaki przed chwilą już wyszli na scenę, lepiej się pośpieszcie, później do was dołączę - odpowiedział chowając speszony wzrok.
Andy złapała mnie za ramięi pociągnęła energicznie za sobą. Uśmiechnęłam się sama do Siebie i poczłapałam posłusznie za nią starając się robić staranne i wywarzone kroki, żeby nie poobijać moich nowych czarnych koturnów od Vagabond. Stanęłyśmy za metalowym rusztowaniem za kulisami. Andy wychylała się ja wariatka za czerwoną, monumentalną kurtynę.
 - Przestań się tak wychylać, bo Twoja wystająca lewitująca głowa nie będzie raczej dobrym dopełnieniem ich występu.
 - Jeszcze nie wyszli - powiedziała Andy - O Mój Boże ukochany, będą tędy zaraz przechodzić, obok nas...
Zaczęła się zpaowietrzać i przycupnęła na ustawionym tyłem do sceny metalowym taborecie. Zaśmiałam się lekko uznając zachowanie Andy za urocze i przycupnęłam na drugim taborecie obok niej. Nie wiem skąd, ale nagle przeszedł mnie zimny dreszcz i serce zaczeło mi się jakoś szybciej bić. Być może, emocjonalne zaangażowanie Andy zaczęło mi się udzielać, często zdarzało mi się stresować podobnymi sytuacjami, ale tego to już zupełnie nie mogłam wyjaśnić.
 - Nie podrzucaj tego mikrofonu w trakcie, bo jeszcze komuś stanie się krzywda - usłyszałysmy z oddali stosunkowo wysoki męski głos -
 - hahah daj spokój, nic nikomu nie będzie
 - Ale po co Ci to? - spytał ktoś znów, tym razem nieco niższym głosem z wyraźnym i wyjątkowo niezrozumiale - przyjemnym brytyjskim akcentem.
Andy siedziała jak posąg kurczowo trzymając się za przedramię. Oczy miała tak nienaturalne szeroko wyszerzone gdy ujżałyśmy 5 facetów idealnie ubranych, pachnących drogimi perfumami i nadmierną ilością lakieru do włosów z odległości niecałych 10 metrów. Mieli nieco zbite z tropu i zmieszane spojrzenia.
 - Melanie Docklands, córka właściciela, nie musicie się obawiać, nie rzucę się na was - powiedziałam - nie wiem niestety jak z nią - zażartowałam
Andy posłała mi groźne spojrzenie i wyprostowała się w mig uśmiechając się
 - Żartownisia - skwitowała - Andy McCollins - powiedziała
 - Andrea? - spytał ten nieco zbyt wyglądający jak arabski bazarowy sprzedawca -
Jego pytanie autentycznie zbiło mnie Andy jak i wszystkich pozostałych zupełnie z tropu. Czego jak czego, ale tak oficjalnych inicjacji zapoznawczych sam mój ojciec zapewne się nie spodziewał.
 - Tak, Andrea - odpowiedziała nieco niepewnie. Nienawidziła tego imienia -
 - Ładnie - skwitował beznamiętnie poprawiają uwiązanie swojego krawata, po czym podniósł głowę i się uśmiechnął.
Zmarszczyłam brwi i podniosłam się z wyjątkowo niewygodnego metalowego krzesła. Nigdy nie byłam do nikogo uprzedzona, nie miałam nic przeciwko Justinowi Bieberowi, zmiętej i wyglądającej jak zużyta podpaska twarzy Micka Jaggera ani nawet przeciwko Hannie Montanie (zdarzało mi się z własnej nieprzymuszonej woli obejrzeć parę na prawdę zabawnych i wciągających odcinków) , ale ponad wszystko nie lubiłam snobów i pochłoniętych adoracją własnej osoby gwiazdorków przekonanych, że cały świat ich zna i ponad wszystko uwielbia.
 - Panowie się tak spieszą, że się nawet nie przedstawią? - zapytałam dość zgryźliwie -
 - Oh przepraszamy, myśleliśmy, że to teraz niepotrzebne - jego głos pełen zmieszania zdawał się być jednocześnie tak opanowany i pewny siebie -  jestem Harry Styles, to Zayn Malik, to Louis Tommlinson, Niall Horan i Liam Payne - odpowiedział wskazując na każdego z kolegów osobno. Uśmiechnęli się szeroko i pomachali do nas. Odmachałam im ledwo tłumiąc śmiech.
 - Cudownie, no to, zawojujcie je tam! - powiedziałam - zaraz zamówię kroplówkę, zadzwonię do banku krwi i wypożycze respitator dla nagłych wypadków.
Andy szturnęła mnie wyjątkowo mocno łokciem między żebra. Pisnęłam lekko nie usuwając z ust teatralnego uśmiechu. Chłopaki zaśmiali się i minęli nas bez słowa przygotowując się do wyjścia. Ten w loczkach, których przedstawił wszystkich spojrzał na mnie tylko przelotnie i posłał ciemnozielone spojrzenie pełne lekkiej zjadliwości i sarkazmu. "idealnie by się dobrali z Caroline" pomyślałam w myślach. Przez cały koncert siedziałam bez ruchu, brnąc w gęstej wewnętrznej konsternacji. Przyglądałam się temu wszystkiemu z lekkim przymrużeniem oka. Moja bezkrytyczna osobowość pewnie widziałaby ich z pryzmatu zwykłego taniego łaknącego pieniędzy boysbandu, jednak trudno jest się urodzić tak dobrymi aktorami, jakimi zdawali się być, by udawać tak wielkie zaangażowanie i miłość jaką dawali z siebie dla tysiąca zupełnie obcych im dziewczyn. Zdawali się być w swoim żywiole, aż do tej pory trudno mi było zawsze pojąć jak mogą czerpać z tego taką radość. Być może wynikało to z mojego typowo stereotypowego i jednokierunkowego myślenia. Zdarzało mi się szufladkować ludzi, a komu się nie zdarzało? Poczułam w tym momencie, że być może zachowałam się nieco infantylnie i nietolerancyjnie. Siedziałam i kiwałam się lekko do jednej z ich ballad starając się dokładnie wyłapać wszystkie słowa, tak jakby nie były plastikowym rymującym się tekstem, lecz czymś personalnym i osobistym. Personalnie brzmiała zdecydowanie dużo lepiej, gdyś same słowa, nie było co ukrywać, nie zwalały potencjalnych krytyków czy słuchaczy z nóg.
 - Co Ty na to, żeby wdrapać się do tłumu? Koncerty w taki sposób smakują o wiele lepiej i do tego nie musiałybyśmy ich oglądać non stop od tyłu.
 - Ja tam nie mam nic przeciwko oglądaniu ich od tyłu
 - Andy...
 - No dobra - zaśmiała się i zeszła ze mną na dół po schodach. Gdy pojawiłyśmy się w strefie ochronairzy i mosiężnych metalowych barierek, wzrok wszystkich oszalałych z namiętności nastolatek spoczął na naszych sylwetkach i wystraszonych twarzach. Oliver i Andrew stali spogląając na nas miło i otwarcie, całe moje szczęscie, że znałam większość pracowników Docklands Arena i nie musiałam się przejmować że ujmą mnie w swoje tłuste i przepocone ramiona i wyprowadzą pełną upokorzenia i wstydu na zewnatrz.
 - PODSADZIĆ WAS DO TŁUMU?!!?!?!?
 - TO W OGÓLE MOŻLIWE? ?!?!?! - krzyczałam próbując przedrzeć się przez potężną barierę dźwiękową -
Oliver bez kolejnych pytań złapał mnie za ramiona i wcinął między dwie wyjątkowo niskie nastolatki stojące w pierwszym rzędzie. Spojrzały na mnie z zgrozą i gdy już porządnie poobijały swoje łokcie o moje żebra w geście niezadowolenia z mojej obecności przemieściły się nieco z falą tłumu w odwrotnym kierunku.
 - JEZUS MARIA - krzyknęła Andy -
 - TO MAŁO KURW........ -
Życie jest krótkie. W chwilach gdy całe życie przebiega Ci przed oczami masz wrażenie, że zaraz od tego całego pędu tuż przed śmiercią zdąrzysz się jeszcze porządnie wyrzygać na wszystko wokoło. Wisiałam przewieszona przez ramię Olivera i kiwałam się z prawo na lewo w trakcie jego dzikiego biegu ( cóż, ja bym to raczej nazwała, nie biegiem, lecz szybkim TOCZENIEM SIĘ) obijałam się to o niego, to znów lewitowałam w powietrzu. Czaszka pulsowała mi jak oszalała a głosy różnych ludzi krążących wokół mojej osoby odbijały mi się w głowie jak twarde kuleczki kauczukowe i sprawiały mi przy tym niemiłosierny ból. Ktoś delikatnie ułożył mi na kanapie i podłożył mi pod głowę satynową poduszkę.
 - Wezwijmy pogotowie na Boga! - krzyczał mój ojciec biegając po pokoju jak oszalały. Rozpaznałam to po cieżkim tupocie jego drogich butów od Hugo Bossa w wyjątkowo obrzydliwym zielonym odcieniu.
 - Tak strasznie przepraszam - znałam ten głos -
 - Tak wiem, A JAK SIĘ NIE OBUDZI?!
 - Panie Docklands, proszę się uspokoić, oddycha, nic jej nie będzie, poczekamy aż się obudzi może nie będzie potrzeby, żeby wzywać pogotowia - skwitował Andy uspokajając mojego tatę -
 - Mel? MEL DO CHOLERY CAROLINE GRZEBIE CI W BIELIŹNIE
Na hasło "Caroline", "grzebie", "Ci" otworzyłam automatycznie oczy, chociaż od dłuższego czasy byłam stosunkowo przytomna na umyśle, by z osobna rejestrować wypowiedzi znajdujących się w pomieszczeniu osób. Ostre światło z świetlówek uderzyło mnie prosto w oczy.
 - Do jasnej cholery, weźcie tę lampę z nad mojej głowy, co to jest, solarium? - spytałam próbując się podnieść na łokciach - co się stało? - spytałam
 - Dostałaś statywem od aparatu -
 - Czym?!
 - Mel, przepraszam Cię nic Ci nie jest?  - spytał mnie chłopak w loczkach i ukucnął przy mojej kanapie -
 - Po co Ci było rzucać we mnie statywem?
 - Kopnąłem go ja stałem na scenie nie sądziłem, że poleci w ludzi i...
Jego palce dotknęły uradkiem mojej dłoni. Spoglądął mi prosto w oczy z takim przerażeniem i obawą, że wporst nie mogłam się nadziwić jak ból głowy szybko minął. Przerażenie osób zebranych wokół osiągnął wyraźnie apogeum, więc postanowiłam jeszcze trochę poudawć konającą w cierpieniu ofiarę
 - Co za ból - westchnęła odrywając wzrok od zielonych oczu Harrego -
Cisza zapełniła cały pokój a ja wciąż z zamkniętymi oczami, odwrócona twarzą do kanapy starałam się wydobyć z Siebie najstraszniejsze agonalne wyziewy zycia, jednak nikt nie dał się nabrać.
  - No dobra, nic się nie stało, trochę mi się jeszcze kręci w głowie, ale jest chyba ok - podniosłam się ostrożnie z siedzenia - ale macie hardcorowe koncerty - powiedziałam ujmując całą piątkę rozbawionym wzrokiem. Swoją drogą, mimo ciągle pulsującego z lekka bólu, nie czułam żadnej nadmiernej złości, jednak ujmującą za serce radość. Bóg mi wybaczy moją hipokryzję i moje wieczne uprzedzenia, ale wprost nie mogłam się oprzeć, żeby się nie uśmiechać w chwili gdy 5 par szklanych i przerażonych oczu spogląda w moją stronę. Czy robiło to jakąś różnicę, czy martwili się o mnie czy o ubezpieczenie, które musieli by pokryć i z któego prawdopdobnie by się nie wypłacili do końca życia gdyby coś mi się stało. Przypominali mi piątkę, czteroletnich chłopców, z którymi prowadziłam zajęcia muzyczne w ośrodku opiekuńczym.
 - Skoro nic już jej nie jest, wracajcie się przebrać i ruszamy do hotelu - powiedział Simon, ich manager, do tej pory stojący z boku i uważnie obserwujący rozwijającą się sytuację. Zdawał się być niewiarygodnie poirytowany moim humorem i w obliczu tak poważnej sytuacji. Chłopcy uśmiechnęli się i podeszli do mnie i do Andy.
 - Miło było was poznać i strasznie przepraszam, chyba po raz 50 - powiedział harry przytulając mnie lekko -
Każdy z chłopaków, chociaż wcale nie był sprawcą nieszczęśliwego wypadku, przeprosił mnie, przytulił i opuścił pomieszczenie utrzymując na twarzy naturalny uśmiech. Wszyscy stali przez moment w milczeniu, słyszałam tylko przyspieszony i nierównomierny oddech Andy opierającej się o ścianę
 - Dlaczego ja nie dostałam statywem? Mogłabym nawet dostać aparatem jakby była taka potrzeba ...

2 komentarze:

  1. OMG ! Ale bosko piszesz, masz talent dziewczyno, ale to co teraz napiszę to ani w jednym procencie nie bd ukazywać tego co ja właśnie myślę. Dodawaj następny rozdział !

    OdpowiedzUsuń
  2. to jest cos pieknego . zapraszam do siebie na bloga.

    OdpowiedzUsuń