czwartek, 23 lutego 2012

cz. 3 I can't believe

 - Mel obudź się no!!!!!!!!!! - Andy darła mi się do ucha i skakała razem z Cindy po moim łóżku.
 - CZEBA WSTAĆ BO DZISIAJ MOJE UŁODZINKI - Cindy runęła na poduszkę tuż obok mnie i wtuliła we mnie swoje pachnące brzoskwiniami jasne włoski -
5 urodziny Cindy miały być dniem po pierwsze, zasadzenia piątego drzewka w ogrodzie, po drugie super imprezy dla niej i dla kilkunastu małych słodkich i piszczacych dzieci w hotelu Royal w centrum Londynu i po trzecie, puszczeniem wieczorem, gdy juz zapadnie zmrok lampionów mających tą magiczną moc spełniania życzeń. Lampiony napędzane ciepłym powietrzem z umieszczonych w nich świec wędrowały wysoko w przestrzeń i najczęściej spoglądaliśmy za nimi w górę, aż zupełnie zniknęły nam z oczu. Pamiętam, ze dla mnie to był raczej przykry i mający niezwykle nikłe znaczenie duchowe zwyczaj. Gdy miałam 8 lat, tamten dzień pamiętam jakby to było praktycznie parę dni temu, gdy w Gdyni obok mojego bloku w czwórkę z tatą mamą i wciąż słodką i niewinną Caroline puszczaliśmy w górę lampiony w dniu ich 10 rocznicy ślubu. Zdarzenie było o tyle przykre, że każdy miał swój lampion podpisany połyskującymi w ciemności kolorowymi flamastrami z dokładnie wypisanym życzeniem i pamiętam, że dzień później znalazłam go rozmokłego w lesie podczas spaceru z jeszcze wówczas żyjącym Benem, naszym psem. Wszystko było o tyle przykre, że w tak brutalny i prymitywny sposób zostały rozwiane moje marzenia związane z dostaniem księżniczki barbie z zestawem do robienia różowych pasemek, i rzeczywiście, nie dostałam tej lalki do dzisiaj. Cindy natomiast radosna i rozochocona biegała po moim pokoju szukając zawiniątka z sukienką, którą trzy dni temu odebrałam z pralni. Te trzy dni minęły mi raczej w ciszy, w zupełnym spokoju wieczornych spacerów z Andy i synem właściciela pralni, Aaronem z butelką wina po lasach kryjących tyle historycznych tajemnic, między innymi polowań króla Anglii Henryka VIII oraz wciąż żyjącego księcia Karola. Często jeździliśmy konno po wyróżnionych ścieżkach, obrośniętych gęstymi imponująco wijącymi się w kształt bram krzewami. Andy wciąż wypytywała mnie o Harrego i o jego wizytę, lecz uznałam to za pytania nie mające zbyt wielkiego znaczenia moralnego dla mnie samej. Wizyta ta z dzisiejszej perspektywy zdawała się być zbyt odległa i istniejąca jedynie w mojej podświadomości, zbyt dziwna i niecodzienna. A w moim życiu, miłość, była raczej jedynie słowem, kiepskim uczuciem w rodzinnej atmosferze, rozczarowującym przywiązaniem wciąż przypominającym mi o mamie. Większość mężczyzn w moim zyciu powodowało raczej szybsze skurcze mięśni w dolnych okolicach brzucha, niż tych skrupulatnie umieszczonych w klatce piersiowej. Każdy najmniejszy gest i objaw zainteresowania traktowałam chłodno z dystansu, chyba, że chodziło jedynie o sprawienie sobie pojedyńczej przyjemności. Mężczyzn, których zbyt ceniłam, za maniery i inteligencję, nie dopuszczałam nawet do kategorii jednarazowych przyjemności.  Ciężkie słońce ciepłym strumieniem powoli zachodziło za polami, przecinanymi przez linie kolejowe, gdzie zawsze wystawały niezliczone pary głów z wagonów z nadzieją dojrzenia jakiejś dzikiej zwierzyny lub przejeżdżających konno ludzi. Czasami, człowiek czuł się jak na wsi, jak gdzieś w niedostępnym dla innych prywatnym zakątku ciepłego świata, chociaż do centrum Londynu  było kilakanście minut drogi samochodem.
 - No już się ubieram! Już wstaję!! - powiedziałam ochoczo przeciągając się - Andy, no proszę jak Twój idealny makijaż i fryzura komponują się z moja bluzą Jacka Willisa.
 - Czekam na Ciebie, wtedy obie ubierzemy sukienki! Widziałam Twoją, jest cudowna! I nie jest różowa, masz szczeście że Cindy dała się namówić.
Westchnęłam i włączyłam radio. Andy nastawiła na stację puszczającą obecnie triumfujące na listach przebojów hity. Właśnie podawano jakieś wiadomości lokalne, prognozy pogody, które każdego dnia brzmiały tak samo smętnie i szaro. "Dzisiaj sławni chłopcy z one direction pojawią się na urodzinach 5letniej Cindy Docklands w hotelu Royal w którym dziwnym zbiegiem okoliczności zamieszkują podczas chwilowego pobytu w Londynie"
Stanęłam przed lustrem w samej bieliźnie, wypraszając Cindy z pokoju i poczełam przyglądać się sobie uważnie.
 - Słyszałaś?!?!?!?
 - Nie jestem przecież głucha, to dlatego ten mały aniołek tak się cieszy. - skwitowałam, starając się zachowac beznamiętny ton -
 - Nawet o tym nie wiedziałam! Czemu ta mała szkapa się nie pochwaliła!
U 5-letnich dzieci różnie bywało z inteligencją i ogólnym rozwojem, jednak Cindy odziedziczyła po mamie, podobnie jak ja, pewien rodzaj rozwagi, być może sprytu, nie wiadomo jak ów zdolnośc w różnych okolicznościach nazwać. Co było pewne, to to, że specjalnie nie zdradziła mi tego szczegółu swoich słodkich urodzin, zapewne z tego względu, że w swojej małej główce, utworzyła sobie prostą układankę zdarzeń sprzed 3 dni. "Harry Styles, gwiazda, w moim domu, z moją siostrą. Miłość!". Życie małych dzieci było tak proste, jednokierunkowe a przez to szczęśliwe. Często miałam wrażenie, że mała rozumie więcej z różnych problemów i sytuacji rodzinnych, bo patrzy prosto, nie szuka skomplikowanych rozwiązań i nie rozważa słów ani gestów.
Wzięłam szybki prysznic połączony z całkowitą depilacją okolic nad wyraz upominających się o to. Poczucie komfortu ceniłam sobie ponad wszystko, dlatego prócz pozbycia się nadmiernego owłosienia należało modlić się także o brak jakichkolwiek podrażnień okolic do tego nieprzystosowanych. Wypełzłam zawinięta w dwa ręczniki do pokoju i poczęłam przeszukiwanie szuflad z bielizną. Znalezienie stanika i majtek do pary graniczyło z cudem nie wspominając o skarpetkach. Być może dlatego zawsze kupowałam wszystkie czarne, w razie zguby jednej, zawsze można ją było sparować z innymi. Ojciec niesamowicie był dumny z faktu, że sam wpadł na to by kupić mi 30 par czarnych stópek, które obecnie był zredukowane to około 20 par.
 - Te czerwone, wszyscy lubią czerwoną bieliznę - powiedziała Andy przeglądając magazyn sprzed paru miesięcy znaleziony pod moim łóżkiem za którym próbowałam ukryć roześmiane oczy -
Uśmiechnęłam się w duchu. Fenomenem w naszych relacjach było to, że zazwyczaj Andy nie musiała nic mówić, zawsze dokładnie wiedziałam co chodziło jej po głowie a o to doprawdy było nie trudno. Wszystkie jej komentarze i wyobrażenia zawsze miały jakieś związek z różnymi dwuznacznymi pomysłami. O ile ona lubiła się afiszować z swoim sposobem postrzegania świata, ja trzymałam w sobie każde najmniejsze pragnienie dopóki nie byłam pewna, że na pewno dam radę je spełnić. Zaoszczędzałam sobie wówczas sytuacji w którym ktoś mógł mi wytknąć moje niepowodzenie i brak doskonałości czy siły. Zawsze wierzyłam w siebie wewnętrznie, a moją wiarę budowały moje sukcesy, które zazwyczaj zaskakiwały wszystkich, dlatego szczególnie miałam nadzieję, że Harry pozostawi dla Siebie swoje muzyczne znalezisko mojej twórczości. Komu z resztą miałby mówić o sprawie tak nieistotnej? Wcisnęłam się w granatową sukienkę bez ramiączek i założyłam niewiarygodnie wysokie buty sprezentowane mi jakiś czasu temu przez tatę. Musiałam przyznać jedno, były wyjątkowo piękne, na wysokiej platformie z lakierowanym obcasem, lecz niewiarygodnie niewygodne. Tato rozpieszczał małą Cindy jak umiał najbardziej. Często miałam wrażenie, że traktuje ją jako perełkę, największą i najbardziej lśniącą perłę jaką mogła mu podarować mama. Może to miało związek z tym, że chociaż choroba wyniszczała ją już prawie do utraty tchu, mama wciąż siedziała i zajmowała się roczną Cindy, jakby brak sił i zdrowia nie były żadną najmniejszą przeszkodą. Dając Cindy wszystko co najlepsze i obdarzając ją tak niewysłowioną miłością, gloryfikował postawę mamy, postawę, którą sama obiecałam sobie zachować, lecz która jednocześnie tak bardzo mnie zamykała i ograniczała. Była niebezpieczna, i zbyt mocno nasycona przeszłością.
 - Umaluję Cię! - krzyczała Cindy biegając naokoło mnie i Caroline -
 - Nie kochanie, ja się umaluję sama, idź sprawdzić czy na pewno wszystko wzięłaś! - powiedziałam do Cindy poklepując ją po pupie -
Mała zrobiła lekko kwaśną minę i pobiegła szybciutko na dół do taty przeszukać jeszcze swoje rzeczy. Przygotowała z tatą nagrody na różne konkursy podczas swojego przyjęcia i dokładny harmonogram i przebieg całości.
 - Nie nakładaj tyle tego różowego cienia, będzie się gryzł z sukienką - powiedziałam stosunkowo życzliwie do Caroline -
Siostra spuściła obie ręce i oparła się o umywalkę. Czekałam tylko w napięciu na kolejny złośliwy komentarz, przygotowaną i wyuczoną ripostę, lub cokolwiek innego wyrażającego jej niezadowolenie i irytację, ale jedyne co usłyszałam, to ciche pociągnięcie nosem i dźwięk jej ciężko oddychającyh płuc, odbijających się mosiężnie od klatki piersiowej jak stary kościelny dzwon.
 - Caroline? - spytałam - Czy wszystko w porządku -
Nie zdążyłam nawet odwróćić się w jej stronę, a ona już klęczała nad toaletą i zwymiotowała wijąc się przy tym kot. Złapałam się za usta i przymknęłam oczy, próbując odgonic z wyobraźni ten straszny obraz tak przypominający mi najgorsze chwile matki. Caroline ociężale dźwignęła się na nogi i przeciągnęła reką po ustach.
 - Podaj mi szczotkę i pastę proszę - powiedziała niewyraźnie, jakby każde słowo z osobna wypływało z trudem z jej ust -
Zrobiłam posłusznie o co poprosiła. Wciąż stałam jak wryta, nie wiedziałam co mam powiedzieć, ani jak zareagować, nie wiedziałam czy zapytać, czy lepiej przemilczeć.
 - Nie mów ojcu - powiedziała na odchodnym i wyszła pośpiesznie z toalety. Spojrzałam w lustro i nawet nie zorientowałam się, kiedy łzy pobiegły mi twarzy. Ślepota. Nie byłam głupia, wolałam raczej udawac ślepą, tworzyć w głowie niewidzialne bariery by nie zauważać tak oczywistych problemów. Tak pedantycznie chronić swojego spokoju, by wybierać życie z wyboru nieświadome. Jak mogłam nie zauważyć, że Caroline ma bulimię? Jak mogłam pozostawić tak poważną, od dawna zapewne już trwającą sprawę samą sobie. Cięzkie łzy nie pojawiły się, gdyż było mi przykro, lub z zmartwienia. Łzy były raczej oznaką słabości jaką prezentowałam na każdej płaszczyźnie mojego życia. Otarłam szybko policzki by zapobiec rozmazaniu się tuszu i wkładając pośpiesznie podręczne rzeczy do kosmetyczki wyszłam z toalety. Sięgnęłam po butelkę tequilli leżącą pod moim łóżkiem i wlałam do dość potężnej srebrnej piersiówki, która nastpęnie wsadziłam za gumkę od pończoch. W takich chwilach, nie było nic lepszego, niż porządny łyk tequilli silver. Nie widziałam w obecnej sytuacji niż gorszego jak zepsucie Cindy jej 5 urodzin swoim humorem. Andy spojrzała na mnie podejrzliwie a kąciki jej ust uniosły się w złowieszczym i chytrym uśmiechu. Pomachała mi dyskretnie przed twarzą małym srebrnym zawiniątkiem po czym obie w szczerym uśmiechu opuściłyśmy mój pokój by udać się do naszego ulubionego hotelu Royal, zaopatrzone po zęby, na 5 urodziny mojej małej siostrzyczki Cindy.

Toaleta w Royal w centrum Londynu była chyba jedną z moich ulubionych toalet. Każda kabina dla gości zdawała się być przystosowana dla osób niepełnosprawnych lub tez nadmiernie otyłych potrzebujących szerokiej przestrzeni obrotowej. Siedziałam na zimnych bordowych kafelkach i rozkoszowałam się przyjemnym chłodem i zapachem orchidei.
 - chodź skoczymy do barku w tej wielkiej sali na przeciwko tego tam gdzie bawią się te dzieciaki
 - mówisz?
 - a tak  - odpowiedziała Andy przeglądając się w pojemniku na różowy papier toaletowy -
Wstałam i poprawiłam swoją sukienkę, bo zjechała odrobnkę, praktycznie odsłaniając całkiem spore walory mojej urody.
 - Na Boga, to są urodziny mojej 5letniej siostry! - powiedziałam zakrywając twarz w dłoniach-
 - I tak się nie mieścisz w zjeżdżalni, z resztą zjazd z niej trwałby jakieś ułamki sekund przy Twoich 180 cm wzrostu -
 - Też fakt - odparłam dźgając ją palcem w przedramię - po co więc mam tam siedzieć? Już zdążyłam się przewrócić wymachując kijem nad piniatą i oblać sie sokiem wiśniowym, więc, cóż więcej? Z resztą kto pozwala 5cio latko bawić się kijem?
 - kto Tobie pozwolił go wziąć to tez nie wiem.  - żachnęła się Andy -
Wyszłyśmy z toalety utrzymując względną równowagę i inteligentny niczym nie zmącony wyraz twarzy. Skręciłyśmy za wielką monumentalną figurą w lewo mijając gigantyczne lustra ustawione jedne na przeciwko drugich tworzące pewnego rodzaju przestrzeń zapełnioną z pozoru kilkunastoma wersjami  mnie i Andy
 - Boże, prędzej.... - powiedziałam popychając ją subtelnie w kierunku baru -
Zamówiłyśmy dwie podwójne margarity i usiadłyśmy przy barze starając się zachować wszelkie maniery i pozory obytych towarzysko dam, jednak nie mogłam nic na to poradzić że moje stopy nie chciały się utrzymać na oparciu biorąc pod uwagę, że dawno już mi zdrętwiały od tych niewygodnych butów. Wzięłam porządnego łyka i poczęłam przyglądać się swojemu niewyraźnemu odbiciu w lekko zaparowanej i pokrytej kroplami deszczu szybie. Usmiechałam się i robiłam rozmarzoną mine nazmiennie z jakimiś dziwnymi grymasami. Andy siedziała i rozkoszowała się flirtem i drugim darmowym drinkiem zaserwowanym jej przez przystojnego i niestety mało elokwentnego kelnera. Nagle jakaś ciemna postać śmignęła mi przed oczyma, zbyt niewyraźna bym mogła poznać ją chociażby po twarzy, lecz zbyt oczywista, by nie móc się domysleć. Wyprostowałam się i usiadłam przodem do baru.
 - A drugiej pięknej pani coś podać do picia? - spytał po chwili -
 - Nie, ja już dziękuję, Jason - dodałam po chwili spoglądając na jego służbową plakietkę -
 - Mela?
 - Ano Andy co?
 - Ten blondynek jest słodki - powiedziała po chwili -
 - Jaki blondynek?
 - No ten z tego zespołu, Niall chyba.
Spojrzałam na nią i zaśmiałam się przeciągle.
 - oj Andy... - skwitowałam -
 - Nie wmawiaj mi Mel, że żaden Ci się nie podoba.
 - ANDY!
 - Ja już swoje wiem, możesz mi wciskać!
 - Nic Ci nie będę wciskać!
Nie lubiłam tego jak zawsze próbowała mnie przejrzeć na wskroś, często nie byłam czegoś pewna, a ona i tak już wiedziała jaką decyzję podejmę. Czasami miałam wrażenie, że nie jest to moja personalna decyzja, tylko zainspirowana jej zdaniem lub domysłem. W tym wypadku nie mogłam nic innego poradzić jak tylko roześmiać się w głos, gdyż ubiegłam jej domysły w przedbiegach. Nigdy nie robiłam niczego przeciwko sobie, niczego kontrowersyjnego, poza upijaniem się. Wszystko zawsze było podyktowane tym co także robili inni, żeby wyeliminować jakikolwiek wstyd przed własnymi wyborami. Czasami w obliczu swojej słabości, chciałam ją jakoś zgnieść, jednym ruchem z tym skończyć.
 - Wiesz co? Chyba pójdę do toalety - powiedziała Andy zrywając się pośpiesznie -
Siedziałam wciąż w osłupieniu, jakbym utknęła w jakichś przemyśleniach. W barze rozbrzmiewała cicha nastrojowa muzyka, mająca zapewne wprowadzać w monumentalny i awangardowy klimat tego miejsca. Wstałam delikatnie z krzesła wygładziłam sukienkę dłońmi i powoli poczłapałam do niewielkiego korytarza otoczonego lustrami. Zdjęłam powoli buty i odłożyłam obok obitego ciemnozielona skórą złotego fotela. Stanełam po środku na chłodnych kafelkach i rozkoszowałam się chłodem łagądzocym ból moich stóp. Oglądałam się powoli w każdym z luster i kręciłam się w koło. Z uwagi na przenikliwą ciszę , rozdzieraną co jakiś czas spokojna melodią przypominającą dźwięki harfy,nie czułam się niczym skrępowana. Ujrzałam po chwili jak ktoś z kimś rozmawia, stanęłam pod ścianą i przyjrzałam się czterem postaciom stojącym wzdłuż ściany u wejścia na piętro. Cała czwórka stała i rozmawiała o czym żywnie. Uśmiechnęłam się pod nosem i poczułam się nad wyraz ożywiona. Wciąż czułam słodki zapach marihuanny i nadmiernej ilości swoich ulubionych perfum. Wychyliłam się nieco pewniej i już chciałam się przywitać, gdy czyjaś ręka wciągnęła mnie spowrotem do pokoju pełnego luster. Serce waliło mi jak oszalałe, próbowałam się uwolnić z mocnego uścisku, jednak szybko dałam za wygraną, gdy on sam mnie puścił pozostawiając tylko swoja dłoń ułożoną lekko na mojej talii. Nie miałam odwagi się odwrócić, w spontanicznych sytuacjach, trudno było opanować emocje i odruchy, nie chciałam ujśc za zbytnio zachłanną, chociaż zmysły miałam poplątane i upojone sporą dozą środków odużających. Moje nerwy były rozluźnione a nogi wciąż zdawały się być jak z waty.
 - Mówiłem Ci, że nie jestem taki jak myślisz - powiedział -
 - To co tu robisz - skwitowałam beznamiętnie odchylając lekko głowę w lewą stronę. Wciągnęłam głęboko powietrze i poczułam ostry piżmowy zapach jego perfum. -
 - Dobre pytanie - odpowiedział. strumień ciepłego powietrza z jego ust oplutł mi szyję -
 - Chyba sama znam na nie odpowiedź - powiedziałam odwracając się do niego przodem i kładąc dłoń na jego klatce piersiowej - masz przyspieszony oddech, coś podobnego - dodałam po chwili podnosząc na niego wzrok -
Uśmiechnął się przeciągle i cofnął o kilka centymetrów w tył.
 - Szukałem Cię, zaraz zacznie się puszczanie lampionów, miałem Cię ponaglić i znaleźć - odparł po chwili nadając swojemu głosowi nienaturalny administracyjny ton - otworzył usta jakby znów chciał coś powiedzieć, lecz uprzedziłam jego słowa.
 - Tak, wiem, panie Styles, nie jest pan taki jaki myślę, a więc jaki pan jest? - spytałam równie poważnie i obojętnie -
 - Na pewno dżentelmanem, który radziłby ubrać pani buty przed wyjściem za zewnątrz -
Po tych słowach nie rzucając w moim kierunku nawet jednego chociażby zjadliwego spojrzenia przeszedł od razu do korytarza i podąrzył za resztą w kierunku wyjścia
 - Na pewno nie dżentelmanem, który czeka na damę, żeby ja bezpiecznie odprowadzić do wyjścia, manipulant jeden - mamrotałam pod nosem -

 - ANDYYY ANDYY JESTES TU? - krzyczałam biegając od toalety do toalety w niewiarygodnym pośpiechu, moje echo nosiło się po całych pomieszczeniach prowokując pracowników hotelu do zainteresowania.
 - Jestem tu w kabinie...mel... - mamrotała między kolejnymi falami wymiotów -
 - Słuchaj mnie uważnie Andrea, musze iść na lampiony i udawać, że wszystko jest cud miód, czekaj tu, zaraz przyjde!
 - Zaraz się ogarnę i przyjde... - tu wymiociny - na prawde! - kolejna fala wymiotow -
 - Coś Ty brała, na Boga? - powiedziałam na odchodnym, wybiegłam pospiesznie z toalet i rzuciłam się do wyjścia narzucając na siebie ciemny płaszcz Andy.
 - Mel Mel patrz jaki Harry pomógł mi robić lampion! - krzyczała mała Cindy biegając naokoło mnie w towarzystwie swoich małych metrowych przyjaciół.
Rzuciłam okiem na różowo fioletowy lampion z mnóstwem głębokich cytatów poczawszy od tak elokwentnych i patetycznych zwrotów jak "miłość jest wieczna" i "podążaj za marzeniami".
 - Niesamowicie pomysłowy ten Harry, co nie Cindy? - spytałam ironicznie biąrąc małą na ręce -
 - MEL MEL Twój lampion, szypko! - ponaglała mnie mała przywołując do Siebie tatę zakręconego i nie mogacego skupić się na jednej czynności. Ojciec podbiegł szybko, wręczył mi lampion i parę znalezionych po drodze flamastrów. Odstawiłam Cindy na ziemię i przyjrzałam się pustemu i gołemu lampionowi. Musiałam wyhglądać wyjątkowo ujmująco, gdy wzięłam do ręki zielony flamaster i stojąc bez ruchu gapiłam się na pomarszczoną krepowatą powierzchnię. Poczułam czyiś przeszywający i ciekawski wzrok wyłaniający się zza moich pleców, uważnie obserwujący trzymany przeze mnie flamaster. Uśmiechnęłam się w duchu i napisałam szybko i bęz większych ceregieli " Lalkla barbie z zestawem do robienia pasemek". Harry nie odezwał się ani słowem, chociaż zapewne odczuwał nieodzowną potrzebę zakwestionowania mojego życzenia. Kucnęłam obok Cindy razem z Caroline i ojcem. Widok dzieci z swoimi rodzicami, w radości podpalających świece w lampionach, obserwujących nie mające końca śmiechy, gonitwy i radość tych drobnych bezproblemowych istot doprowadził do całkowitego otrzeźwienia mojego umysłu. Spojrzałam jak najrzyczliwiej mogłam na Caroline a potem na ojca, przepełnionego nie mniejszą radością jak sama mała Cindy wpatrzona szkalnymi błękitnymi oczami w swój lampion.
 - To co?! - zawołał głośno ojciec - PUSZCZAMY?
Wszystkie dzieci zawtórowały radosnym okrzykiem i wypuściły swoje lampione, posłusznie unoszące się z wiatrem ku górze. Otoczony wysokim ogrodzeniem i wachlarzem przyległych do Royala budynków plac, stwarzał wyjątkowo spokojne i komfortowe warunki dla chłopaków do bezpiecznego przebywania na dworze podczas puszczania lampionów.
Cindy pobiegła do swoich przyjaciółek i wszystkie zaczeły radośnie się rzegnać i wymieniać wypisanymi na lampionach życzeniami. Odsunęłam się trochę od tłumu i poczełam obserwować dryfujące po ciemnej płachcie nieba coraz mniej widoczne lampiony. Delikatnie i ciepłe światełka zaczęły zlewać się w jedną świetlista całość, gdy w końcu w mgnieniu uka zniknęły mi z oczu, chowając się za budynkami, wysokimi rozpiętymi drzewami i gęstą wieczorną mgłą.
 - Chcieliśmy się iść czegoś napić - odparł Zayn stając tuż obok mnie - poszłabyś z nami razem z koleżanką?
 - Oh, cześć - powiedziłam uśmiechając się szeroko -
 - Nie mieliśmy okazji jeszcze poznać się osobiście - dodał podając mi dłoń - Zayn.
 - Melanie - odpowiedziałam - nie wiem, czy to dobry pomysł, Andy nie czuję się chyba dzisiaj zbyt wyjściowo -
 - A tamta co stoi obok Twojego ojca i go zagaduje, to nie przypadkiem ona? - zapytał uśmiechając się szeroko -
Serce podskoczyło mi do gardła. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na niego z lekkim przerażeniem.
 - Niestety tak, to ona -
Zaśmiał się w głos tak radosnym i niepowtarzalnym śmiechem, że aż sama nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zacząć się śmiać. Na domiar złego, przypomniałam sobie, jak wczesniej w myślach go nazwałam. Arabski bazarowy sprzedawca, spojrzał na mnie przeciągle starając się uspokoić. Miał lekko zgolone po bokach czarne włosy, ciemną, jasno karmelową karnację, praktycznie podobną do mojej, wielkie brązowe oczy i niewiarygodnie długie rzęsy, które łagodziły jego oblicze i nadawały mu wrażliwego i chłopięcego wyrazu. Poczułam się lekko onieśmielona. Zdawał się być trochę poważny, pewny siebie, pewny swoich gestów i słów a zarazem zupełnie inny niż Harry, nieco bardziej uporządkowany i mniej przebiegły.
 - Skoro jest w stanie rozmawiać z moim tatą w tak opanowany sposób nie budząc żadnych podejrzeń, mogę gwarantować, że pójdziemy dzisiaj z wami -

1 komentarz:

  1. Aaaaooooooooo OPIS ZAYN'a to jest coś ! Normalnie wczytałam się i nawet nie wiedziałam kiedy skończyłam. Ja chcę więcej ! ♥

    OdpowiedzUsuń