niedziela, 4 marca 2012

cz. 9 "For some reason I can't explain I know Saint Peter won't call my name"

cz. 9 stanowi pewien koniec 1 "tomu" niedługo pojawi się pierwsza część kolejnego tomu. Będę nad nią ciężko pracować, obiecuję. Tymczasem, bardzo proszę o komentarze i wasze opinie :)

Po sali rozbiegł się niosący się głośnym echem krzyk. Ludzie na zmiennie cofali się to przybliżali, lecz niewiele mogli dostrzec, gdyż Lousi natychmiast klęcząc tuż przed nią w kałuży krwi próbował unieść jej głowę i ją ocucić. Obserwował tylko oniemale ogromną czerwoną plamę, którą w zabójczym tempie chłonęła ciemna już w większości wykładzina. Dotykał ją chaotycznie ubrudzonymi dłońmi, obserwując jak Harry podnosząc ją bez skrępowania, bierze na ręce i przenosi do znajdującej się w holu czerwonej skórzanej kanapy. Caroline z zwieszona bezwiednie głową zniknęła zaraz za monumentalnym filarem. Harry odwrócił głowę na ułamek sekundy i ujrzał jak Louis wciąż klęczał i wpatrywał się w swoje zakrwawione dłonie. Melanie stała tuż obok i starając się opanować drżenie dłoni, z ledwo trzymajacą się na niej sukienką wybrała w telefonie numer pogotowia. Po jej policzkach spływały ciężkie, czarne i smoliste łzy, zupełnie machinalnie. Z jej gardła wydobywał się tylko głuchy podźwięk, gdy w słuchawce odezwała się jakaś kobieta.
 - Daj mi to  - powiedział James zabierając jej telefon - Witam, poproszę karetkę...
Jego słowa uciekły dziewczynie gdzieś w przebłysku potwornego obrazu rozciagającego się na całej długości i szerokości sali. Niezliczona ilość osób, przysiadłszy na krzesłach, zakrywajac usta dłonią, dyskutowała żywnie. Dziennikarze obcesowo robili zdjęcia miejscu, w którym wciąż kleczał Louis, podchodząć coraz bliżej. W Melanie wezbrała złość i w rozgoryczeniu, ocierając ciemne ślady od łez podbiegła do jednego z dziennikarzy i wyrwała mu gwałtownie aparat.
 - CO PANI ROBI? - 
 - CO PAN ROBI, JEST PAN ABSOLUTNIE BEZCZELNY! JESTEŚCIE JAK WRZODY NA DUPIE I NIECH PAN NIE WARZY SIĘ NAWET.... - krzyknęła mu prosto w twarz - 
Mężczyzna wyrwał jej aparat.
 - TWÓJ OJCIEC I PAN STYLES ZAPŁACILI NAM SPORO KASY, ŻEBYŚMY NIC NIE PISALI, ALE PO DNIU DZISIEJSZYM NIE MAJĄ CHYBA NA CO LICZYĆ - 
Melanie stanęła w zdumieniu i znów rozpłakała się, łzy same pociekły jej z oczu i spływały ciemnymi strugami po jej dekolcie. Poczuła nagle na swoich ramionach czyjeś ciepłe dłonie.
 - Kochanie - powiedział łagodnie swoim niskim głosem - ubierz się prosze i chodź karetka juz przyjechała, pojedziemy samochodem - odparł narzucając jej na ramiona swoją czarną marynarkę - 
Poczuła dziwne ciepło. Pierwszy raz w życiu nazwał ją pieszczotliwie w charakterze czysto współczującym i naturalnym. Przytulił ją po prostu i zadbał o nią. Jakie to dziwne, że to obecnego momentu nie zauważyła, że ich dotychczasowe relacje opierały się głównie na przyjemnościach cielesnych. Nikt nie mówi, by było w tym coś złwego, bo być może one same w sobie były oznaką miłości, lecz niczego w życiu nie brakowało jej bardziej jak po prostu czystych słów. Złapała go za rękę i oparłwszy dłoń na ramieniu Louisa, skierowali się do samochodu. Andreas Docklands, zakrywając małej Cindy oczy, wsadził ją do służbowego auta i razem z nianią odesłał szybko do domu. Droga do szpitala była splotem ciszy i krążących wokół siebie ciemnych myśli. Louis wodził palcem po zaparowanej szybie, odwracając dyskretnie twarz, by nikt nie mógł zobaczyć pojedynczko spływających łez. Przełknął gorzką ślinę i otarł słoną łzę, która dotarła już do jego szyi.
 - Nie myślałem, że ją stracę - powiedział w końcu rozbrajają gwałtownie zupełną ciszę - 
 - Ją? - spytała automatycznie Melanie ujmując mocniej zabrudzoną od krwi rękę Harrego - 
 - To miała być dziewczynka - odparł spojrzawszy jej wprost w przeszklone oczy - 
W Melanie zamarło coś wówczas. Serce zakłuło ją gwałtownie i zmusiło do głośnego charknięcia. Harry objął ją mocniej. Wszystko zdawało się być z dnia na dzień coraz bardziej skrajne. Z upływem czasu, ból duchowy zacząc przeradzać się w autentyczny bół fizyczny. Raz czuła się szczęśliwa, czuła, że mogłaby przenosić góry i godzinami wpatrywać się w własne szczęście, obejmujące ją teraz kurczowo. Po chwili znów, zapadało się coś i wyrywało jej kawałek serca, bezpowrotnie. Czy w ogóle była szczęśliwa? Czy być może tylko tak kurczowo trzymała się się urojonych w głowie faktów? Co więcej, ne potrafiła sobie przypomnieć jakiegokolwiek szczęśliwego moemntu w ostatnim czasie, podczas którego nie byłaby pijana, bądź naćpana. Przymknęła oczy a po jej policzku znów poleciały łzy.
 - Trzeba zadzwonić do Simona - powiedział nagle Harry - 
 - Po co? - spytał zgryźliwie Niall - 
 - Jak się dowie z gazet... - zaczął zdecydowanie, lecz urwał w pół zdania i gwałtownie pocałował Melanie w czubek głowy zatapiając usta w jej rozstrzepanych włosach. Westchnęła głośno i rozpłakała się znów, z własnego u gruntu zakorzenionego bólu. Ścisnęła mocniej jego dłoń i wtej chwili bała się jak nigdy wcześniej, że za chwilę to wszystko może się po prostu rozpłynąć.
Szpitalne ostre jarzeniówki rzucały żółtawe światło na pusty i głuchy hol, przerywany pobrzękiwaniami aparatury szpitalnej i pochrypywaniem chorych. Szpital były miejscem zakorzenionym w pamięci Melanie w kategorii najbardziej traumtycznych przeżyć. Spoglądajac na idealnie białe drzwi, wszystkie skrzętnie ponumerowane stalowymi liczbami, wciąż miała wrażenie że czuje zapach formaliny i słyszy płacz niemowląt. Siedziała na plastikowym krześle, wciśnięta między milczącego ojca a Harrego. Andreasa opuściła gdzieś świadomość, w pewnien sposób pozbawiając go jakichkolwiek człowieczych odruchów. Chociażby płaczu, histerii, nawet zmartwienia. Wpatrywał się tylko w plakat dotyczący cukrzycy zawieszony brudną taśmą klejącą na ścianie. Czuł się bezsilny. Przymykał co chwila oczy to znów je otwierał nie mając odwagi dźwignąć się z miejsca i przejść się do oddalonego o parę metrów automatu, chodź męczyło bo potworne pragnienie. Zapomniałby na chwilę o swojej małej umierającej córce, o traumatycznym urazie do szpitali swojej starszej córki Melanie i o chociażby nawet o tym, że Caroline była w ciąży. Jest w ciąży. Zablokował umiejętnie swoje natłaczające się myśli i zamknąwszy po raz setny oczy, ujżał swoją żonę leżącą na szpitalnym łóżku w różowej aksamitnej chustce na głowie.
 - Andreas - usłyszał w głowie głos żony, odbijający się jakby dziwnym, słabym echem - 
 - Pan Louis Tomlinson? - dało się słyszeć życzliwy głos lekarza - zapraszam państwa, Pana Andreasa i Melanie także - dodał po chwili - 
Melanie dźwignęła się z krzesła powoli i sporzała niepewnie na ojca, po czym na Louisa i stojącego obok starszego, ubranego w biały fartuch człowieka.
 - Czy ja mogłabym iść od razu do siostry? - spytała - jestem pewna, że ojciec mi wszystko przekaże - 
Lekarz zmarszczył lekko brwi i przyjżawszy się jej opuchniętej twarzy skinął w końcu potwierdzająco głową.
 - Korytarzem prost na lewo, pokój 213, ale tylko pani - odparł rzuciwszy Harremu życzliwe spojrzenie - na razie, jest bardzo słaba - 
Melanie nie oglądając się za siebie, ruszyła gołym, białym korytarzem w wskazanym kierunku. Nogi chwiały jej się niebezpiecznie, zupełnie, jakby zaraz miała się osunąć na na ziemię. Gdy skręciła w lewo, ujrzała przed sobą opartą o ścianę ciemną postać. Jej twarz była głucho wpatrzona w otwarte na całą szerokość drzwi z numerem 213.
 - James? - spytała niepewnie - 
Chłopak odwrócił się do niej i spojrzał na nią swoimi wielkimi brązowymi oczyma. Stali tak przez chwilę spoglądając na siebie głucho. Melanie wciąż ukradkiem zerkała na otwarte drzwi, lecz nie mogła dojrzeć ani kawałka ciężkiego metalowego łóżka. Nie była też zby pewna, czy chciałaby je widzieć - 
 - Nie chciałaś wcale do niej iść prawda? - spytał, prawie szepcząc - 
Odwróciła na chwilę głowę i wbiła wzrok w ziemię.
 - Skąd się tu wziąłeś? - 
 - Gdy ujżałem Dominikę zbiegającą z Zaynem, zabraliśmy się z nimi samochodem. Wysiadłem i uciekłem im. Wiedziałem, że przecisnę się przez wejście dla karetek. Pielęgniarka sobie gdzieś poszła - powiedział spokojnie, jakby wcale się nie spodziewał, że mogłaby za chwilę tutaj wrócić i zrobić im obu sporą awanturę.
 - Nie wiem gdzie chciałaś iść, ale na pewno nie do niej - 
Melanie spojrzała na niego pytająco, lecz dokładnie czuła, ze istotnie, wcale nie chciała iść do siostry. Nie wiedziałam dokąd by poszła, ale na pewno kierowałaby się płaczem małych dzieci. 
 - Nie straciła dziecka, odratowali małą Louisę - odparł po chwili - Twoja siostra krzyczała to imię przez większość czasu, jeszcze dosłowną chwilę temu, nim podano jej środek usypiający - wylał z siebie te słowa z stoickim spokojem. Spoglądał wciąż na Melanie z dystansem, mając dziwne wrażenie, że nie jest już tą samą dziewczyną, którą zwykł kochać.
 - Wiele się u was pozmieniało - powiedział znów - Nowe życie miało być lepszym, tak nam powtarzał Twój ojciec. Ułożyło się, z Harrym, tak ma na imię, tak?  - odparł rozważnie, starając się wciąż nie cechować swoich wypowiedzi emocjonalizmami - 
 - Jeżeli patrząc na mnie teraz, mówisz mi to wszystko, pytanie brzmi, do czego zmierzasz - odpowiedziała oschle - 
Głupia była. Odniosła w tym momencie, przedziwne, nieprzyjemne wrażenie, jakby się uśmiechał. A on tak na prawdę wciąż wpatrywał się w nią skamieniałym wzrokiem.
 - Bankiety, bogaty facet, drogie sukienki, mhm? Dominika uprawiająca sex w pokoju z również bogatym gościem, w pokoju za który jeszcze nie zapłaciła, Ty grająca uwodzicielska? Z facetem, który miał romanse z paroma 30-to latkami? Nawet ja o tym wiem. Wątpie, by z Tobą nie było podobnie.  Zaraz wyjedzie i Cię zostawi. Co to za gra w szczęśliwe życie?
 - Przestań - krzyknęła wręcz, a jej głos poniósł po korytarzach - 
Podszedł do niej gwałtownie łapiac ją za przedramiona.
 - Wyjedź z nami, błagam Cię, wyjedź z nami. Zamykają Cię w jakimś obcym miejscu, czyniąć Cię wolną? Od czego? Od siebie? - mówił coraz wścieklej akcentując nienaturalnie słowa - 
Wpatrywała się w niego przerażonym wzrokiem. Znów usłyszała donośny płacz dziecka, przeradzający się stopniowo w donośny krzyk.
 - PANI MELANIE DOCKLANDS? JEST TU PANI? 
Pielęgniarka podbiegłą do niej jakby zupełnie nie zwracając uwagi na znajdującego się tutaj Jamesa, bez szpitalnego obuwia.
 - Pańską młodszą siostrę właśnie przywieziono do szpitala, bardzo mi przykro, proszę szybko za mną - 

*****
 - Mel? Mel!!! - mała 4letnia dziewczynka biegała jak oszalała po zielonym trawniku dmuchając ile sił w płucach na latające wokół niej bańki mydlane. - 
16to letnia Melanie wyszła z domu i spojrzała na biegającą siostrę, mrużąc oczy i przysłaniając ręką rażące ją ciepłe promienie lipcowego słońca.
 - Pomożesz mi z tym drzewem?  - spytał Andreas Docklands - nie mogę tego zasadzić - 
 - Ja Ci pomogę tatusiu - odparła mała odgarniając z czoła delikatne waniliowe loczki - 
 - NIe znam się na ogrodnictwie tato, nie wiem nawet z której strony korzenie a z której to drugie - odparła beznamiętnie Melanie kładąc się na trawie -
Miała na sobie wyciągniętą starą bluzę, którą nosiła z goła od paru dni, nie mogła przypomnieć sobie nawet od jak dawna.
 - Mel? - usłyszała nagle nad sobą ciepły piskliwy głosik i falę jasnych loczków muskających jej czoło - kiedy mamusia przyjdzie zobaczyć nasz nowy dom? - spytała po chwili wtulając się w ramię Melanie. Przyłożyła swój ciepły policzek do odsłonięgo brzucha siostry i połaskotała ją lekko i chociaż nie usłyszała odpowiedzi, nie spytała ponownie. Melanie rzuciła Cindy ciepłe spojrzenie i przyciągając do siebie pocałowała w zimny i upaciany ziemią nosek.

******

4 komentarze:

  1. przez Ciebie się popłakałam no


    pracuj szybko nad tym 2 tomem bo nie mogę się doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Płaczę...ona nie pojedzie z ty Jamesem czy jak mu tam prawda? ;(

    OdpowiedzUsuń
  3. Sprawiłaś, że płaczę. Matko, jesteś niesamowita. Piszesz wspaniale, aż chce się czytać to cały czas. Ten styl pisania jest wręcz niespotykany. Rzadko kiedy coś takiego mnie zaciekawi. Kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że następny tom będzie równie ciekawy :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Yhm... w końcu nadrobiłam i dosłownie rycze jak pojebana :D Louis normalnie ma dziecko ? taaaak? Mała Cindy umiera.. jak mooożesz ! Hahahah xd ja chcę kolejny kolejne i wgl ! <3

    OdpowiedzUsuń