sobota, 31 marca 2012

cz 18 PART1 " Death and Resurrection"

Telewizor grał, cicho. Cienki głosik rozchodził się po niewielkim pomieszczeniu. Melanie powoli otwierała oczy, jakoś martwo i mozolnie, by nagle zerwać się, z powodu przeszywającego bólu w lewym ramieniu. Miała skrępowane dłonie, przywiązane do ramy szpitalnego łóżka i nogi, ciasno związane, zbielałe, zdrętwiałe. Melanie rozejrzała się niewpenie, a adrenalina i krew uderzyły jej gwałtownie do głowy. Oddychała ciężko, lecz wciąż spokojnie, nie mogąc pojąć rzeczywstości. To było śmieszne, absurdalne, jak wszystko co złe odpłaca się później człowiekowi z istotną nawiązką. Miała ochotę roześmiać się w głos, bo to głupie paraliżujące uczucie, że już nic gorszego się zdarzyć nie może, pojawiło się z chwilą, gdy ujrzała drobną dziewczynę, brunetkę, stojącą przy drzwiach wyjściowych z skalpelem chirurgicznym w ręku. Monice przykładała nerwowo ucho do drzwi sali szpitalnej, i z przerażeniem wsłuchiwała się w zupełną ciszę, okalającą pusty oddział szpitalny. Wtem Melanie poczuła czyjąć drobną i chłodną dłoń na karku i gdy się odwróciła, ujrzała małego chłopca, siedzącego w kącie łóżka, wtulonego kurczowo w dużego, sfatygowanego misia.
 - Co... - szepnęła , zwracając na siebie uwagę Monice -
Dziwna, ziemista i spuchnięta twarz dziewczyny, zdawała być zastygła w czasoprzestrzeni, nieobecna, obłąkana.
 - Po co mnie tu przyprowadziłaś - powiedziała spokojnie Melanie, skinąwszy na małego, zalanego łzami chłopcami, z pobielałymi od ściskania misia kłykciami -
 - Nie Twoja sprawa - powiedziała, starając się wydobyć z swojego drgającego gardła, gruby i zdecydowany głos. Odchrzaknęła i podeszła bliżej.
 - Rozumiem, że tego chłopca nie było w planie, coś nie wyszło? - powiedziała kpiąco, spoglądając wprost na pobladłą twarz Monice. Oczy dziewczyny rozbłysły. W jednej chwili znalazła się przy skrępowanej Melanie i wymierzyła jej siarczysty policzek. Jej twarz głucho odbiła się od metalowej ramy łóżka. Mały chłopiec westchnął, i zatykając usta pięścią starał się nie płakać.
 - ZAMKNIJ SIĘ DZIECIAKU DO CHOLERY! - krzyknęła Monice, podchodząc do chłopca - MÓWIŁAM CI, ŻE NIC CI SIĘ NIE STANIE, JAK BĘDZIE PO PROSTU CICHO -
 - Zrobisz krzywdę dziecku? - spytała Mel podnosząc głowe. Splunęła krwią na podłogę i odrzuciła opadające jej na twarz włosy - Co Ty wyprawiasz? - spytała w końcu -
Monice westchnęła i zatoczywszy dwa koła wokół własnej osi, zamachnęła się i wymierzyła Melanie kolejne uderzenie.
 - Kurwa, zajebiste uczucie - powiedziała, uśmiechając się serdecznie do własnego odbicia w lustrze zawieszonym na ścianie -
Złapała Melanie za włosy i spojrzała jej prosto w oczy. Ból fizyczny, był niczym w porównaniu z tym, co działo się w glowie, małej, krępej brunetki. Jadowit płyn przelewał się jej w żyłach. Jad, który zmusił ją do ostateczności. Przyglądała się z zaciekawieniem ociekającej potem twarzy Melanie a jej twarz zmieniła nagle wyraz twarzy.
 - Już wiem, czemu nigdy mnie nie lubiła - szepnęła, jakby do Siebie - jesteś do niej tak podobna -
 - Co chcesz przez to osiągnąć? Co Ci to da? Poznęcasz się nade mną, znęcając się jedncześnie nad tym chłopcem i co Ci to da? CO CI TO DA?
Bezradność i ból wzbierały w jej głosie. To takie zastanawiające, jak człowiek, któremu żaden ból tego świata jest niestraszny, potrafi z taką obojętnością spojrzeć zagrożeniu w oczy.
 - Miałam zamiar Cię zabić, a potem samą siebie. - powiedziała nad wyraz spokojnie -
Melanie zwiesiła głowę spoglądając na krwistą plamę na linoleum, po czym odwróciła się do chłopca.
 - Nie bój się - szepnęła -
 - Lekceważysz mnie - powiedzial Monice, a jej ręka niebezpiecznie drżała obracając w dłoniach zakrwawiony skalpel - Siedzisz tu przede mną, związana, bezradna i mimo wszystko mnie lekceważysz - ściszała głos z każdym słowem, zaciskając boleśnie usta. Z jej wargi pociekła krew -
 - Nie lekceważę Cię - powiedziała Melanie starając się zachować przyjazny ton, lecz z jej ust wydobyła się kolejna porcja krwi po kolejnym uderzeniu oszalałej z nienawiści dziewczyny.
 - NIE LEKCEWAŻYSZ? NIE WIESZ JAK TO JEST KOCHAĆ PONAD ŻYCIE KOGOŚ, KTO NAWET PRZEZ SEN MÓWI TWOJE IMIĘ MELANIE, KTO DZIEŃ W DZIEŃ PATRZĄC MI W TWARZ, OSZUKUJE MNIE. JAK TO JEST DZIEŃ W DZIEŃ ZASTANAWIAĆ SIĘ, CZY JEST SIĘ DLA KOGOŚ WYSATRCZAJĄCO DOBRYM. Wystarczająco dobrym, by zastapić mu Ciebie. - te ostatnie słowa wypłynęły z jej ust z nutą lekkiego obłędu - I TY ŚMIESZ MI MÓWISZ, ŻE MNIE NIE LEKCEWAŻYSZ? Oddałam mu wszystko, całą siebie, całe swoje życie a czuję się jak ten chłopiec, skazany przez los na świadomą śmierć, a mimo wszystko, codziennie mu się wmawia, że będzie dobrze - niewyraźne potoki słów wypadały z jej ust, jakby w szaleńczym monologu. Rozcięła sobie kciuk skalpelem i przejechała dłonią po idealnie białej ścianie, zostawiając czerwoną, matową smugę. Oblizała palec i klęknęła przed Melanie spoglądając jej prosto w oczy.
 - Mimo wszystko, też sporo wiesz o bólu, prawda? O cierpieniu? Taka jesteś biedna, jak piszą te wszystkie pierdolone gazety? Skrzywdziłaś w swoim życiu tyle osób, że nie jestem nawet w stanie zliczyć. Nie sądzisz, że nie jesteś być może tego warta?
Zapadło dziwne milczenie. Po polickach Melanie pociekły automatyczne łzy. przymknęła na chwilę powieki, odganiając promienisty ból rozchądzący się jak palący płomień wzdłuż jej ramienia. Wtem, przyszedł jej do głowy James. Jej ojciec, Caroline, Andy, Cindy, jej matka Harry, najważniejsze w jej życiu osoby. Wszystkie skrzywdzone przez jej lekkomyslność, przez "miłość", która nie warta była niczego. Herozim? Myślała, że bohaterskim byłoby ulotnić się, pokazać, na jakie poświęcenie ją stać, a jedyne uczucie jakie przepełniało ją na wspomnienie swoich decyzji, to był żal i współczucie. Teraz, spojrzała w  przekrwione i szklane oczy dziewczyny i prócz agresji i nienawiści, nie była w stanie dopatrzeć się niczego. Nie była dziewczyną z zdjęć, które przelewały jej się pod palcami w gazetach czy na portalach internetowych. To ona, ona wyprała ją z wszelkich wartości i z samego życia. Melanie, obiecała sobie dzisiaj, że teraz wszystko naprawi, lecz znalazła się w sytuacji, przed którą niewątpliwie została postawiona, by zdać sobie sprawę, że na nic innego nie zasługuje. Nie miała wówczas wyboru, nie dano jej bynajmniej żadnego. Otworzyła znów oczy i spojrzała małego chłopca, kulącego się w kącie. W błekitnej, flanelowej piżamie, z twarza napuchnięta od płaczu i życiem, przelewającym mu się przed oczami. W oczach małego dziecka, dostrzegła ból, tak bardzo przerastający jakikolwiek inny. Strach dziecka.
 - Wypuść chłopca - powiedziała Melanie - wypuść go - powiedziała już nieco bardziej zdecydowanie -
Monice prychnęła i przybliżyła twarz niebiezpiecznie blisko Melanie.
 - Nic Ci nie zrobił, nie Tobie osądzać, co będzie ostatnią rzeczą, jaką zobaczy w swoim życiu.
Dziwna konsternacja pojawiła się w oczach Monice, po czym dziewczyna złapała przestraszonego chłopca kurczowo za przedramię i przybliżyła się ostrożnie do drzwi, nasłuchując przez ułamek sekundy. Wciąż sisza, dziwna, przenikliwa i przerażająca cisza. Chłopiec ściskając w dłoniach kurczowo niedużego pluszaka, odwrócił sięna ułamek sekundy, spoglądając wprost w oczy Melanie. Dzięcięce, dziwne, kojące spojrzenie oplotło jej twarz, i dopiero wtedy zauważyła, że miał anielsko mleczne jasne włoski i ten sam charakterystyczny uśmiech, małej dziewczynki, która pojawiła się przed jej oczami. Miała przez chwilę wrażenie, że się uśmiechnął, że błysnęło coś niezauważalnie, a w pokoju zapanowała zupełna ciemność. Światło nagle zgasło, a drzwi obrzydliwie trzasnęły, odbijając się głośnym echem.

~~~~ 
Harry siedział na wysokim metalowym krześle i spoglądał, z delikatnym uśmiechem na twarzy, na sielski obraz Louisa, wciąż wpatrującego się oniemale w Caroline i dwójkę maluchów spoczywających na jej piersiach. Siedział tak, a przez jego myśl przewijały się najróżniejsze myśli, kotłujace się, goniące jedne za drugimi, nie pozwalające się na niczym skupić. Starał się zabić, ogarniające go od wewnątrz poczucie winy, z którym będzie musiał się zmierzyć.
 - A gdzie to jest ciocia Melanie? - powiedziała Caroline rzucając to pytanie jakby na wiatr -
 - Pójdę poszukać, chyba wiem, gdzie ją znajdę - powiedział Harry dźwignąwszy się z taboretu -
 - Pojadę z Tobą - powiedziała Dominika, podjeżdżając do Harrego -
 - Pewnie - odpowiedział, łapiąc za wózek -
 - Dam radę sama - powiedziała stanowczo i wyminęła go wyjeżdżając prędko przez drzwi. Westchnął i pobiegł zaraz za nią.
Jechała zdecydowanie, lecz w dłoniach czuła niesamowite drżenie i ból, a to był dopiero pierwszy dzeń reszty jej życia. Nie wierzyła ludziom, nie wierzyła obietnicom, nie wierzyła lekarzom, czuła, że przypłaciła w dniu dzisiejszym za wszystykie swoje grzechy. Zmierzali tak w milczeniu w kierunku oddziału położniczego, gdy nagle minął ich mały chłopiec, które wzrok głucho zawisł na ich twarzach. Wpierw zignorowali chłopca, po czym jednak Harry cofnął się i podszedł do małego, dostrzegając na jego piżamie czerwone, podjerzane ślady.
 - Zgubiłeś się mały? - spytał życzliwie, uśmiechając się do niego -
Jack, bo tak było mu na imię, wciąż tkwił bez ruchu ściskając w dłoni swojego pluszaka.
 - Dominika, pozwól - powiedział Harry, marszcząc czoło i dotykając delikatnie zakrwawioną piżamknę chłopca. Spojrzał w jego niebieskie oczy i starał się dowiedzieć od chłopca, czegokolwiek lecz ten milczał. Złapał Harrego mocno za dłoń i pociągnął za sobą.
 - Coś się stało kochanie? - spytała Dominika -
Chłopiec człapał w swoich podartych kapciach i prowadził ich w kierunku, z którego tylko on słyszał krzyki, z którego tylko on czuł zapach krwi. Jack był chłopcem jak każdy inny, chłopcem który miał prawo się bać, lecz którego nigdy nie dano prawa być kochanym. Ułożył swoją małą rączkę w dłoni Harrego i prowadził go, czuł dziwnym sposobem, dziecięcą intuicją, że robił teraz co trzeba. Gdy doszli do remontowanego korytarza, ujrzeli uchylone drzwi, z których o własnych siłach wyłaniała się jakaś postać, podtrzymując się usilnie framugi. Wtem Jack, ujrzawszy sylwetkę kobiety, rozbiegł się, małe łzy poleciały mu po porcelanowych policzkach i wtulił się z rozbiegu w jej kolana, zanosząc się dziecięcym płaczem. Nikt nie miał prawa, wyznaczać człowiekowi daty śmierci. Jeżeli Jack wciąż żył, jeżeli ona wciąż tu stała, tuląc go do siebie, mógł myśleć, że uratowali siebie nawzajem.
Korytarz, bo krótkim czasie, zapełnił się chmarą lekarzy i pilęgniarek, wypytujących małego chłopca o to co mu się stało. Jack milczał, wciąż spoglądakjąc ukardkiem na swoją wybawicielkę, pokrwawioną, lecz dziwnie spokojną i silną.
 - Jack, chodź ze mną, nie patrz na tę panią -
 - Kto Ci to zrobił? - wypytywał Harry, oplatając jej twarz dłońmi, wycierając pozostałości po krwi i dogarniając posklejane włosy z czoła - Umarłbym bym chyba, gdyby ktoś Ci coś zrobił, mów, natychmiast, kto to był? Czy przyjechała już policja?  -
 - Wiem, dlatego wciąż tu jestem, Harry - powiedziała spokojnie - nie widziałam oprawcy, miałam zasłonięte oczy -
Wybrała. Nie można więzić człowieka, ale na pewno, można darować mu wolność.
Tak jakby właśnie zmarła, i zmartwychwstała.

wiele by dla mnie znaczyły wasze komentarze, tyle was tu mnie odwiedza, napiszcie proszę co myślicie, to zajmie przecież tylko chwilkę! :)

5 komentarzy:

  1. To jest wspaniałe .! ; ))

    OdpowiedzUsuń
  2. po prostu odebrało mi mowę. to jest zajebisteee!!!!!!!!! kocham cię i proszę pisz dalej <3

    OdpowiedzUsuń
  3. aż poczułam zapach tej krwi.. meeega!

    OdpowiedzUsuń
  4. Boze jaki boskii !! ; **

    OdpowiedzUsuń
  5. Eiii nooo gwałć żłówia ! Czemu Ona mu nie powiedziała, kto to ?! No proszę Cię nie rób mi tego! Nie powie, mu kto to, wtedy On zrobi z tym to co powinien zrobić, a tak nie wie i do? Dupa ! Loouis *__*
    CZEKAM NA NN ♥

    OdpowiedzUsuń