piątek, 24 lutego 2012

cz. 5 Everything just started, be ready


oto część piąta, nieco wcześniej niż obiecałam :)



Grzęzliśmy w namokniętym od błota podłożu, lecz las skutecznie chronił przed względnym chłodem. Miałam rozpiętą kurtkę i rozwiane wciąż pachnące włosy. Rządek monumentalnych budynków w ciepłych jesiennych kolorach wznosił się wzdłuż meandru utworzonego przez Tamizę. Wieczór był stosunkowo ciepły, dlatego mnóstwo ludzi okupowało małe knajpki z pięknym widokiem na lasy i odbijający się w rzece chłodny księżycowy obraz. My natomiast, zupełnie odmiennie, niż na codzień, przemierzaliśmy przecinające las konne dróżki i kierowaliśmy się do odgrzebanego z zarośli miejsca, gdzie w lecie sporadycznie zdarzało nam się robić ogniska i piec niewiarygodnie drogie w Richmond truskawkowe pianki. Przystanęłam nagle, gdy ujrzałam Andy siłującą się z uprzeżą by przymocować Klarę do pobliskiego drzewa.
 - No prrrr Klara, prrr! - uspokajała ją głaszcząc ją po pysku -
Louis wyładowywał okazałe zwoje suchego chrustu i drewna chowane przez nas w piwnicy pani McCollins na specjalnie okazje, gdy pogoda nie pozwala na zebranie paru suchych gałązek na ognisko. Zachodziłam w głowę, po co potrzebowali do tego pomocy tego biednego konia. Jak okiem sięgnąć nie dostrzegałam nic ciężkiego a ilośc drewna jaką tu przywieźli była mniej więcej wprost proporozjonalna do ilości obecnych tu osób, tak, że każdy na dobra sprawę niósłby zwój chrustu i ze trzy zrąbane na ćwiartki kawałki pnia.
 - To mnie wykończy nie umiem wejść na tego konia - mamrotał Niall wciskając usilnie lewą nogę w strzemię -
 - Biedna Klara - powiedziałam na głos dając im znak o swojej i Aarona obecności -
Chłopacy spojrzeli się po sobie i zawiesili na mnie wzrok. Tak na prawdę to było pierwsze spotkanie, odbywające w sposób naturalny i jak najbardziej ludzki, dlatego przywitanie, tak jak mogłam się tego spodziewać, stało się jedną z pierwszych, jak i zapewne nie ostatnich, krępujących sytuacji dzisiejszego wieczora. Louis podszedł do mnie i przytulił mnie ciepło. Był mniej więcej mojego wzrostu, biorąc pod uwagę moje płaskie i lekko zniszczone czerwone trampki, które zawsze jakimś dziwnym sposobem skracały mi nogi. Zayn podszedł do mnie jako kolejny przytykając swój policzek do mojego. Poczułam lekkie ciepło przebiegające po lewej części mojego ciała i złapałam go odruchowo za przedramię. Reszta po prostu zachowała się jak Louis, przy czym przywitanie z Harrym zdawało się być zanadto krępujące i zbytnio osobiste. Pachniał tak dziwnie, tak ostro i słodko, jego długie ręce, chłodne i wilgotne na ułamek sekundy spoczęły na moich plecach. Nie wiem jak to nazwać, gdy usadowiłam się już wygodnie na suchym, przykrytym kocem pniu, wciąż czułam dreszcze i obcość mimo ciepłego ognia śmigającego mi prawie tuż przed twarzą.
 - No zjedz to! - Zayn wciskał mi piankę do ust -
 - To jest gorące - śmiałam się w głos -
 - Zaraz tam przyjde i pomogę!!!!!!!! - krzyczał Louis z drugiego końca ogniska. Wstał pośpiesznie i przyskoczył do mnie łapiąc moją twarz.
 - Błagam, już nie mogę - zanosiłam się od śmiechu -
Harry stał i wymachiwał kijem przed Liamem. Oboje udawali że trenują szermierkę a Aaron i Andy próbowali nauczyć Nialla jazdy konnej.
 - Dobra, już to zjem! - powiedziałam dając sobie wepchnąć w usta już chłodną przysmarzoną piankę -
Louis usiadł obok mnie i poczochrał mnie po włosach.
 - Kto by pomyślał - zaczął - że dzięki wam mamy taką chwilę spokoju, brakowało nam tego strasznie -
Jego życzliwość w akompaniamencie tak szczerych uśmiechów przybijała mnie bardziej, niż rozweselała. Omiotłam ich wszystkich wzrokiem i zdałam sobie sprawę, że mimo tak krótkiego czasu naszej znajomości, zdąrzyłam się do nich przywiązać. Byli niczym taka kropla czegoś nowego i szalonego będąca dopełnieniem mojej codzienności. Życie w pięknym i spokojnym Richmond na południowym zachodzie Londynu miało swoje niekwestionowane zalety, ale bariera ograniczająca mnie od życia, które sami wiedli, była teraz poniekąd zamazana. Można powiedzieć, że fakt, iż mój ojciec będąc właścicielem Dockalnds Areny, rozrywkowego centrum Londynu powinno przynosić mi jakieś światowe benefity, jednak do dzisiaj, było zupełnie inaczej. Mimo wszystko, nie doczekaliśmy się tam jeszcze żadnej większej gwiazdy zaginającej oczekiwania moje i mojega ojca. Wzięłam łyk ciemnego miodowego piwa i oparłam się o ramię Zayna.
 - Ciągle masz żal, za to co powiedział Simon? - spytał - Harry na prawdę chciał tu przyjechać i jak mówię, że chciał, to znaczy...
Żachnęłam się i z niewiadomych powodów roześmiałam się dość głośno.
 - Oj, o czym Ty mówisz - skwitowałam szturchając go w ramię -
Prześmiewcze i niedowierzające reakcje były moim zdaniem zawsze świetnym pretekstem do zmiany tematu. Zayn przybrał nieco smutny wyraz twarzy, ale oddał mi szturchańca w ramię, nieco mocniej niż się tego spodziewałam.
 - Ał, no wiesz co, żeby mnie od razu bić - powiedziałam lekko się uśmiechając -
 - Przepraszam - zaśmiał się - martwiłem się tylko że może Ci być przykro.
 - Co się tak przejmujesz, Zayn - powiedziałam cicho -
 - Nie chciałbym, żebyś była smutna -
 - Oj jak słodko - powiedział Louis - może piankę? - dodał po chwili posyłajac mi złowieszcze spojrzenie -
Gdy wieczór zaczynał robić się czarny i smolisty, wszyscy już nieco odurzeni, i ja z bolącym od pianek brzuchem wstałam troche od ogniska, żeby dać odpocząć płucom od siarczystego powietrza. Odeszłam na odległość może pięciu metrów i zwrócona twarzą w stronę wesoło tańczącego ogniska i wygłupiających się chłopaków uśmiechnęłam się szeroko. Miałam wrażenie, jakby wszystko było tak beztroskie i lekkie.
 - Przejdziemy się? - usłyszałam za plecami -
Odwróciłam się i ujżałam ciemne zielone oczy w których odbijały się płomyki ogniska. Miał lekko rozpalone policzki i błąkający się po twarzy, niepewny uśmiech.
 - A mam jakieś wyjście? - odparłam uśmiechając się do niego -
 - Chyba nie - zawtórował mi uśmiechem Harry -
Gałęzie łamały się głośno pod moimi stopami, a gęsta mgła i wszechobecna czerń nie pozwalały mi złapać swobodnego oddechu.
 - Boisz się ciemności? - zapytał -
 - Trochę -
Złapał mnie za rękę i wplutł swoje palce między moje. Nie spojrzał nawet na mnie tylko wciąż poruszał się powoli przed siebie, dopasowując się do moich kroków a mimo to miałam wrażenie,jakby wszystko odbywało się zbyt szybko. Przejeżdżał ukradkiem kciukiem po mojej dłoni. Strach odleciał  zastąpiony tym dziwnym podniecającym uczuciem. Ścisnęłam mocniej dłonie w uścisku i uśmiechnęłam się sama do Siebie. W powietrzu przelewał się coraz chłodniejszy i ostrzejszy słony i żywiczy zapach. Dziwne pomruki i odgłosy dobiegały z dalekich połaci lasu przeszywane lekkim prawie nieodczuwalnym podmuchem wiatru bezczelnie przesuwającym się po moim karku. Gdy doszliśmy do rozwidlenia obnarzającego z żadka porozsadzane świerkowe drzewa i garbate wypłowiałe oblane totalną ciemnością i szarą mgłą pola, przystanęliśmy oparłwszy się na zwalonym szerokim pniu. Wciąż nie puszczał mojej dłoni. Co się właściwie działo? Często zdarzało mi się zachowywać wyjątkowo bezmyślnie i infantylnie, pozostawiając konskwencje i poczucie odpowiedzialności daleko za sobą. Cóż było złego w pragnieniu, w takim czystym człowieczym pragnieniu. Być może, była to zachłanność.
 - Musisz mi odpowiedzieć na jedno pytanie - zaczął z wolna odwracając twarz w moim kierunku. Jego oczy nabrały tak pięknego i szklistego wyrazu. Usta, intensywnie bordowe układały się bezwiednie, jakby chęć powiedzenia czegos była zbyt nieodpowiednia -
Uwolnił rękę z uścisku i stanął na przeciwko mnie. Nie czułam zupełnie nic, szok blokował wszelkie odruchy.
 - To nie Zayn Cię przebrał, poprosiłem go, żeby tak Ci powiedział, sam cholera, nie wiem dlaczego, chyba nie chciałem, żebyś myślała o mnie źle.
Westchnęłam i lekko wsunęłam dłoń na lędźwia pod jego kurtkę. Poczułam jak gęsie skórka przchodzi go po plecach.
 - To nie bylo pytanie - odparłam -
Ułożył rekę swobodnie na mojej talii, mimo wszelkich złudzeń jakie wokół siebie stwarzał ta jedna upadła teraz zgnieciona przeze mnie i leżała pod moimi stopami głośno jęcząc i zawodcząc przeciągle. Jego pewność siebie. Zdawał się być małym chłopcem z niewiarygodnie męskim dotykiem.
 - Dlaczego tak bardzo Cię chcę?
Każde pytanie mogło z jego ust zabrzmieć bardziej lub tez mniej krępująco i zaskakująco. To natomiast, zdawało się mnie cieszyć. Dotknęłam drugą wolną ręką jego rozgrzanego policzka i pocałowałam go prosto w usta. Odsunęłam się na pare milimetrów lekko zszkowana, ściśnięta wewnątrz szorstkim sznurem, ocierającym się bolesnie podczas każdego najmniejszego ruchu. Moja dłoń wciąż spoczywała na jego ciepłych lędźwiach przesuwając się lekko po linii kręgosłupa. Odpowiedział mocniejszym i odważniejszym pocałunkiem przesuwając rozgrzanymi ustami nazmiennie po mojej dolnej i górnej wardze. Wodził delikatnie opuszkami po szyi odsłaniając spod cienkiego materiału płaszcza moje blade ramiona. Płaszcz bez oporów zsunął mi się po ramionach. Gdy patrzę z dzisiejszej perspektywy tak trudno jest opisać osobę tak do cna emanującą czystym erotyzmem, uwalniającą trujące opary uzależnienia i pożadania. W porządku mojego świata rzeczy istnieje zasadnicza różnica między mężczyzną pięknym a seksownym. Ten drugi samym bytem gestem i słowem staje się pięknym, ten pierwszy rozsiewa mylne wrażenia wzrokowe wystawiając na próbę autentyczność swojej seksualności. Harry był definitywnie tym pierwszym przypadkiem, nie czułabym się wcale zdziwiona gdyby komuś wydał się zatem po prostu brzydki, być może zbyt chudy, zbyt chłopięcy lub zwyczajnie zbyt przytłaczająco piękny. Jego dłonie przesuwały się pod moją luźną brązową bluzką, ostrożnie wędrując po dozwolonych drogach. Ułożyłam swoje dłonie delikatnie w jego talii przesuwając je delikatnie w dół po linii jego widocznie wystających kości miednicy. Oderwał na chwilę swoje zachłanne usta, i obróciwszy twarz zatopił je w mojej rozpalonej szyi, czułam, jak układają mu się jednocześnie w ciepłym pełnym ulgi uśmiechu.
 - MELANIE, MELANIE, MEEEL - słyszałam zróżnicowane głosy, pełne przerażenia, pewnego rodzaju histerii -
Oderwaliśmy się od Siebie szybko i bez zastanowienia jeszcze przez chwilę pozostając z zamkniętymi oczami w totalnym osłupieniu. Poderwałam z ziemi swój płacz i naciągnełam go bez ładu na ramiona.
 - MEL - krzyczała Andy zanosząc się żewnym płaczem - Mel, Cindy - ucięła na tych dwóch głuchych i pustych słowach utkwiwszy w nas instensywnie swój przeszklony wzrok.
 - Mel - przebił się przez nią Aaron podbiegając do mnie - próbowałem się do Ciebie jakoś dodzwonić, dlaczego nie odbierasz telefonu? - zachowywał spokojny ton.
 - Ja... - zaczęłam zdezorientowana - co się stało?
Z tego co potem pamiętam, to był jedynie dziki bieg przez ciemny las, w zupełnej samotności. Słyszałam za sobą tylko przywołujące mnie głosy i przecinające powietrze osoby biegnące prawie tuż za mną. Biegłam jednak coraz szybciej i mniej ostrożniej obijając się o drzewa a następnie o wciąż spacerujących po uliczkch Richmond turystów i mieszkańców. Paroleltni nałóg palenia papierosów blokował mi płuca i przyciskał mnie do betonowych ulic. Czułam jak zupełnie opadam sił, jak nogi nieposłusznie potykają się same o siebie na płaskiej i względnie suchej jezdni. Jednak wciąż biegłam, chociaż brakowało tchu jak i niestety racjonalnego myślenia. Zmęczenie  po dniu wczorajszym i lekkie odurzenie alkoholowe uderzyły we mnie nagle sprawiając, że osunęłam się  po drzwiach wejściowych jak szmaciana lalka. Wstałam po chwili, kurczowo przytrzymując się klamki. Ojciec ujrzawszy mnie wybiegł szybko tylnymi drzwiami i podtrzymując mnie za ramiona wprowadził stabilnie na werandę. Co uszło uprzednio mojej uwadze, wielki biały ambulans był skrzętnie ustawiony na poboczu.
 - TATO DO JASNEJ CHOLERY - krzyczałam robiąc między słowami pokaźne przerwy na złapanie tchu -
Blada twarz mojego ojca i jego ciemne oczy wirowały mi przed oczami dwojąc się i trojąc.
 - kochanie uspokój się - powiedział do mnie po polsku -
 - Ja mam sie uspokoić?! NIgdy mi nic nie mówicie! To jest jakieś nie poważne! Powiedz mi co z nią jest! TERAZ!!! To to samo co z mamą?!
Harry, Andy Aaron i reszta przybiegli w trakcie gdy pierwszy raz w moim życiu podnosiłam na ojca głos. Złość wzbierała mi w żyłach w połączeniu z ogromnym żalem i strachem. Andy podbiegła do mnie zdecydowanie i złapała mnie za nadgarstek.
 - CZYLI TO JEDNAK TO TO SAMO CO Z MAMĄ - krzyczałam na niego energicznie wymachując rekoma - I DLATEGO WCISKACIE MI KITY I....I JESZCZE KARZECIE CINDY KŁAMAĆ, NO CUDOWNIE - krzyczałam ojcu prosto w twarz zwracając na siebie uwagę wszystkich krzatających się w ogrodach sąsiadów -
 - WPUŚĆ MNIE NATYCHMIAST DO ŚRODKA! - krzyczałam próbując wyminąć ojca -
 - Teraz ją badają, nie wpuszczę Cię tam - powiedział stanowczo blokując mi przejście - nie sądzę abyś...
 - ABYM CO?! - krzyczałam wciąż tracąc powoli panowanie nad swoimi gestami i słowami. Gorzka ślina uwięzła mi w gardle i zmusiła mnie by na chwilę oprzeć się o uparcie stojącą obok mnie Andy - MYŚLISZ ŻE SOBIE NIE PORADZĘ, TAK JAK BYŁO Z MAMĄ? ŻE ZNÓW BĘDZIEMY MUSIELI SIĘ WYPROWADZIĆ BO PRAWIE WSZYSTKICH POZABIJAM? -
Odepchnęłam energicznie Andy i stanęłam tuż nad schodami tracąc rónowagę. Ojciec złapał mnie w ostatniej chwili przyciskając mocno do Siebie -
 - CAROLINE! CAROLINE! poproś jednego z lekarzy o środek uspokojający!
 Chciałam zacząć znów krzyczeć, pobiec gdzieś w ciemność przed Siebie i zacząć krzyczeć. Serce tak mocno mi biło każdym uderzeniem sprawiając mi ogromny ból. Fala przykrych obrazów przywołała mi leżacą na stole matkę, łysą z masą obnarzonych i nagich siwych żył, rąk pełnych czerwonych bliznowatych nakłóć i tych zimnych nieobecnych oczu. Wyobraziłam sobie małą biedną dziewczynkę, jej wciąż wypadające mleczno maślane włosy i małe drobne sine rączki. Zwiesiłam ręcę i ścisnęłam je w pięści waląc ojca po piersiach.
Po chwili poczułam tylko zimną i bolesną igłę wbitą mi bez skrupułów i zbędnych ceregieli w lekko odsłonięte przez ojca ramię. Przez chwilę poczułam lekki odpływ świadomości, głosy zaczęły mi się zlewać w jedną melodyczną plątaninę pytań i propozycji pomocy. Ujżałam przez chwilę znów mamę w gęstych brązowo kawowych włosach i ciepłych zielonych oczach siedzącą na moim różowym foteliku i głaszczącą mnie po włosach. Tego dnia oboje z ojcem wiedzieli, że ja będę natrudniejszym etapem powolnych trudnych i bolesnych zmian. Czas zabierał wciąż swoje żniwo nie dając nawet minuty na przygotowane.
Leżałam bezwiednie na czyichś kolanach przykryta zielono porańczowym kocem. W tle gdzieś cicho i ledwo dosłyszalnie grało radio, a w moich nogach siedziała mała zwinięta w kuleczkę dziewczynka w błękitnym szlafroku. Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią przeciągle mrużąc niewyraźnie oczy.
 - Dziecko, dzięki panie Boże, że Ty jeszcze żyjesz - powiedziałam śmiejąc się lekko - W sumie wyglądasz jak anioł ale jakiś taki trochę niemrawy.
Wszyscy spoglądali na mnie w osłupieniu zaprzestając rozmów.
 - Dostała głupiego jasia - skwitował ojciec uśmiechając się i spozierając na mnie troskliwie spod kwadratowych okularów korekcyjnych -
 - Co się tak na mnie gapicie - powiedziałam z pretensją -
Harry zaśmiał się i pogłaskał mnie po policzku. Spojrzałam na niego i zmrużyłam oczy. Loczki opadały mu lekko na twarz. W mojej głowie zaczęły się przewijać różne dziwne i przyjemne eortyczne wizje. Złapałam go za kolano i uśmiechnęłam się półgębkiem.
 - Czy my się już nie ten przed chwilą? - powiedziałam jak najciszej potrafiłam -
Lekko speszony położył swoją dłoń na mojej.
 - Jeszcze nie proszę pani - odpowiedział starając się brzmieć niewinnie -
 - Ahh stwarzanie pozorów Ci nie wychodzi kochanie, i tak wszyscy wiedzą o czym ja mówię prawda? - powiedziałam stosunkowo głośno spogladając na każdego z osobno.
Lou i Zayn uśmiechnęli się szeroko zwieszając w niedowierzaniu głowy, Niall już dawno, chowając się za kuchennym blatem, próbował się nie śmiać, zapewne sam mój wyglądał, rozmazany tusz do rzęs i oblane potem czoło odkrywające brak podkładu połączone z zniekształconym akcentem doprowadzały go do śmiechu.
 - Niall Ty się nie śmiej, na prawdę chcecie mi wmówić, że w tej waszej trasie, gdzie wszędzie spicie praktycznie w piątkę i z tego co czytałam, to nago, wy nic tam nie ten? -
 - Na Boga, mogliśmy jej podać środek nasenny -
 - Najchętniej to byście mnie uśpili zgwałcili i zakopali - skwitowałam przesuwając rękę na udzie Harrego nieco wyżej - Harry mocny z Ciebie zawodnik! Aaron zawsze wymięka już na tym piętrze, o Boże Cindy kochanie, my tu takie rzeczy, a Ty tu siedzisz! - powiedziałam głaszcząc ją po rozgrzanym policzku. Mała siedziała tuż obok mnie na podłodze i przyglądała mi się uważnie wyszczerzając ząbki w uśmiechu - pachniesz trochę apteką - powiedziałam po chwili -
 - Nie chce Ci się przypadkiem spać? - odparł ojciec wpychając mi w usta ciastko z rodzynkami które trzymał w dłoni -
Wyjęłam ciastko z buzi podałam je Cindy, pytając czy może nie ma ochoty.
 Harry mimo dość krępujących faktów których nie wachałam się ujawniać wciąż żywo się uśmiechał licząc pewnie na to, że wszystko co powiem, zostanie przez resztę uznane za totalne brednie. Niall, Zayn, Louis i Liam poszli z moim tatą do kuchni, żeby przygotować sobie coś do jedzenia, a Caroline poszła położyć Cindy do łóżka. Zostałam sama z Harrym, być może było to najlepsze rozwiązanie, przynajmniej inni nie byli zmuszani do słuchania moich bredni, chociaż wciąż zerkający na nas Niall zdawał się być wyraźnie zainteresowany. Czułam się tak lekko, że w totalnym błogostanie zapomniałam zupełnie gdzie jestem i co się właściwie stało. Spoglądałam tylko Harremu w oczy i głaskałam go po pliczku, próbująć zebrać myśli i powiedzieć coś w miarę mające jakiś zasadniczy sens.
 - Piękny jesteś - wydukałam w końcu krztusząc się własną śliną. Miałam to niesamowite szczęscie, że z wszystkich czynności fizjologicznych, nad tą nie mogłam jedynie zapanować -
 - Ty bardziej - odpowiedział po chwili odgarniając mi z czoła włosy -
 - A już miałam dzisiaj nadzieję na sex, chyba nic z tego co? - Zapytałam z wyraźnym smutkiem -
Zaśmiał się tylko i pocałował mnie lekko, ledwo dosięgając ustami do mojej twarzy.
 - Oglądałam parę waszych koncertów, przyznaję, trochę jestes przystojny i nawet ładny masz głos, i Zayn, ten arab, też!
 - Zayn nie jest arabem - zaśmiał się głośno Harry prowokując wszystkich do sprawdzenia co się dzieje -
 - Doprawdy? Nie jesteś arabem Zayn? - spytałam - przepraszam, chodź tutaj, przytulę Cię - powiedziałam wyciągając do niego swoje zwaciałe i galaretowate dłonie - o jezu, nie panuję nad kończynami - dodałam po chwili zaciskając swoje ramiona na szyi Zayna -
Chłopak zaśmiał się serdecznie i dał mi buziaka w czoło. Wszyscy obchodzili się ze mną jak z zniedołężniałą babcia, przytulając mnie i uspokajając z nadzieją, że może się zamknę, lub skończą mi się  te mało wyszukane i niestosowne tematy do dyskusji. Po jakiejś godzinie, gdy efekt leku zaczął ze mnie powoli uchodzić, niesamowicie rozbolała mnie głowa usypiając mnie w mig. Jedyne co poczułam przed zupełnym odpłynięciem był to ciepły porcelanowy policzek na na moich wargach. Słyszałam jeszcze pojedyncze szepty i cienie przewijające się mi się przed lekko otwartymi oczami.
 - Simon się nieźle zdenerwował, martwi się że narobimy sobie kłopotów - powiedział cicho Niall - zadzwonisz do niej jutro -
Nikt nic nie odpowiedział, gęsta głucha ciemność stanęła mi przed oczami i świat z nadmiaru emocji i zdarzeń jakby się zatrzymał.

Bywało ze mną różnie, ale rzeczą nieodstępną w charakterze każdego człowieka było na pewno kłamstwo jakim jął się karmić za każdym razem, gdy świat robił się zbyt gęsty ciemny i oporny by uwierzyć w nieszczęśliwy splot zdarzeń. Cindy codzień, zbierając w swoim słodkim głosiku odrobinę radości i nadzieji dzwoniła do mnie parę razu w ciągu dnia kiedy akurat nie mogłam z nią być. Zdecydowałam nie rozmawiać z tatą ani tym bardziej z Caroline na jej temat. Pozostawiłam w sobie świat wciąż kwitły i zrównoważony. Jednym słowem, karmiłam się kłamstwem, że mogę żyć, póki nie nadejdzie koniec mojego świata karmionego tym obłudnym i absurdalnym zakłamniem. Ojciec z pełną dozą opiekuńczo rodzicielskiego charakteru często okazywał chęć kontemplowania i polemizowania z moim zachowaniem, jednak z perspektywy czasu myślę, że moje stosunkowo inflantylne zachowanie zdało mu się być całkiem odpowiednim czasowym rozwiązaniem. Dzień po tych wyjątkowo krępujących i gwałtownych wydarzeniach postanowiłam posadzić małą w ogrodzie i własnymi rękami, nie mając absolutnego pojęcia o ogrodnictwie, zasadzić to przeklęte brzoskwiniowe drzewo. Wówczas, gdy nie zdążyłam jeszcze zdzielić sobie łopatą, uznałam pomysł za wyjątkowo wielkoduszny, po upływie bodajże godziny, ciągnącej się niemiłosiernie długo i składającej się z zlepków polskich przekleństw, całej miski różowo zielonkawych robaków, zdołałam jakoś w miarę estetycznie posadzić drobne drzewko, które z miejsca zdało mi się całkiem przyjazne i mimo wszystko warte mojego trudu. Siedziałyśmy z Cindy Andy i Aaronem na kolorowych rozkładanych krzesłach i zatapialiśmy wzrok w małym trochę przekrzywionym wystającym z ziemi kikucie.
 - Jak dla mnie - powiedział Aaron popijąc ciepły sok pomarańczowy z butelki hanny montany - to jest chyba najpiękniejsze drzewko jakie w życiu widziałem -
Cindy zaśmiała się ciepło odgarniając swoje złote włoski i uśmiechając się szeroko. Szybko jednak usadowiła się spowrotem wygodnie w krzesełku i przykryła skrzętnie ciepłym rózowo pastelowym kocykiem.
Z wszystkich spraw będących na względnym porzadku, wciąż unikałam dłuższych i zobowiązujących rozmów z Andy, zdawała się wciąż posyłać mi prowokujące spojrzenia i pełne żalu i smutku, lecz mimo wszystko wciąż spędzałysmy razem czas, lecz od paru dni nigdy we dwójkę. Żyłam ostatnio w absolutnym osłabieniu myślowym, spowalniając zwoje mózgowe i szare komórki do minimalnego wysiłku i oddając się jedynie konteplacji wzrokowej i cielesnej. Koncepcja ów zmiany poglądów ideologicznych miała czysto erotyczne zabarwienie. Być może, mogłoby źle to zabrzmieć, ale dwa dni temu, kiedy poszliśmy wszyscy na koncert one direction do Royal Albert Hall, stojąc w pierwszym rzędzie, z czysto psychologicznego punktu widzenia, odurzona porzadną dawką marihuanny którą uznałam za niezbędną z racji chociażby mojej obecności tam, poklepałam pierwszą stojąca obok mnie dziewczynę po plecach. Przyglądała mi się przez chwilę w wyjątkowym osłupieniu, zapewne zachodząc w głowę kim jestem. Byłabym wykazała się wyjątkowym nietaktem, nie przedstawiając jej się, chciałam jedynie przyznać jej rację i poprzez ten jakże wyszukany gest powiedzieć "rozumiem, co czujesz, a zarazem tak mi przykro, że nie możesz zadnego z nich mieć". Gdy tak stałam, a właściwie to unosiłam się to w górę to w dół niesiona przez masywny ucisk dwóch wyjątkowo sporych dziewczyn zlewających mi się w jedną różowo czarną całość, starałam się skupić i wyczuć czy nie wyskoczyło mi gdzieniegdzie jakieś niechciane podrażnienie w miejscach intymnych. Przyglądałam się mimo różnych niedogodności i wyjątkowo spoconej pachy pewnej blondynki, ociekającemu potem Harremu. Śpiewał tak pełen radości, wciąż się uśmiechająć i czerpiąć energię z niewyjaśnionych źródeł, chociaż być może to mogłoby wyjaśniać mój pokoncertowy stan sprowadzający się do zupełnego odwodnienia całego organizmu. Wlepiałam w niego swoje rozgorzałe ciemno niebieskie oczy i wciąż odgarniałam prowokacyjnie z karku pozlepiane brązowe kosmyki włosów. Wyjątkowo uderzającym w moje już wtedy osłabione serce okazał się być moment, gdy śpiewali coś o rozstaniu, schodzeniu się i miłości, co ja też mówię, śpiewali o tym w zasadzie w każdej piosence. Ale ta była jakaś taka bardziej sensowna niż pozostałe, zwrócił wzrok wprost na mnie i śpiewał uderzając we mnie każdym w zasadzie pozbawionym sensu i artystycznej patetyczności słowem. Jego dołeczki zrobiły się tak głębokie i nabiegłe dziwnym skrywanym dwuznaczym charakterem, sprawiły że sama poczułam się przez chwilę jak w dołeczku totalnego nierządu i rozpusty. Może wydawać się zaskakujące, że siedząc teraz i patrząc na ten ledwo przypominający drzewo blady kikut wystający krzywo z połaci ciemnej rozkopanej ziemi z skrawkami trawy walającymi się naokoło, myślałam wciąż o jednym i tym samy, w zasadziem nic innego nie przewijało się przez moje myśli od paru dni.
 - Kiedy oni wyjeżdżają? - spytała Andy -
Tak, to był właśnie powód, dla którego zapewne bezpieczniej dla niej było, nie zostawać ze mną w dwójkę.
 - Harry jedzie za dwa dni do Holmes Chapel, mam jechać z nim i Louisem, jego mama chce mnie poznać -
 - Nie za szybko? -
Oddech robił mi się coraz cięższy.
Zmarszczyłam brwi.
 - Jedziemy tam w trójkę, tak po prostu - odparłam - mamy ostatnie dni wakacji, widzisz w tym coś złego? - spytałam nieco zgryźliwie zachowując resztki miłego tonu, który jeszcze chwilę temu był jedynym sposobem mojej komunikacji społecznej -
 - Mel i Harry ostatnio nie daja mi spac - powiedziała Cindy - niech jadą hałasować gdzie indziej - zaśmiała się -
Aaron wlepił w nią ciekawskie i entuzjastyczne spojrzenie. Zerwał się w mig z krzesła i podbiegł do niej kucając tuż przy jej lewym uchu.
 - Hałasują mówisz? - spytał z przekąsem -
 - Aaron  - skwitowałam podwijając nogi - ona jest mądrzejsza niż myslisz, nic więcej Ci nie powie- powiedziałam śmiejąc się lekko -
Ciepło przebiegało mi ciasno po plecach. Wiatr nagle stał się zbyt chłodny, nieprzyjejmny, strzelający lodowymi iskrami. Radio stojącę na werandzie głośno zabuczałoi przerwało gasnący dźwięk. Cindy spoglądała mi prosto w oczy swoimi tak jasno błękitnymi i głęboki oczami. Spozierała tak, wręcz bezwstydnie. Poczułam się obrzydliwie i egoistycznie. Od dwóch dni rozsiewałam wokół siebie aurę istnie nietykalnej radości, a ona wciąż za każdym razem spoglądała tylko na mnie z troską, jakby to nie o nią, lecz o mnie powinno się martwić. Przystawiłam dłoń do ust i stłumiłam budzący się krzyk. Emocje i hormony przelewały się w dzikim pędzie, obijajac się dzikimi pieniącymi się falami o klatkę piersiową. Ból promieniście przemieszczał się wzdłuż tułowia. Przedpokój zdawał się być wówczas bardziej szary niż różowy a wyjście okna na taras i wspomnienie ciepłego zapachu kawy, zbyt płytkie i nieprzyjemne. Cindy wlokła się ociężale po puchowym dywanie w kierunku fotela, a ja wciąż zdawałam się nie rozumieć, gdzie ten uśmiech który przed chwilą widziałam? Dłoń sztywno przywierała mi do ust. Zamknęłam oczy i ujrzałam puste i bez wyrazu oczy ojca wtopione w jasną boazerię i usłaszałm jego cichy płacz w akompaniamencie syczącej szpitalnej jażeniówki. Widzialam w odbiciu szyby na porodówce, głuche oczy dziecka, którego uszy wsłuchane były w płacz noworodków, przypominający histeryczny, nieco niemy krzyk. Widziałam swoje oczy, swoje ciemne niebieskie oczy. Jak to było ujrzeć jak po prostu odbierają Ci jedyną deifinicję WSZYSTKIEGO jaką posiadałam w swoim własnym ubogim słowniku dziecka. Ojciec był chyba moim najsurowiej utkwionym lodowatym kolcem, który za każdy razem krzywdził wyjątkowo dotkliwie spalone żarem żalu serce. Wiedziałam, że ona umrze, jakże trudno w obłąkaniu pojąć rzeczywistość. W tej samej chwili gdy swojej uldze zdołałam podźwignąć fakty, ujrzałam jak mała osówa się po kanapie na ziemię. Andy i Aaron biegali w popłochu szukając domowego telefonu by zadzwonić na pogotowie. Ja wstałam ociężale i podeszłam do niej ujmując jej drobne ciałko w swoje sztywne z przerażenia dłonie. W tej chwili, w tej jednej prawdziwej chwili, zrozumiałam,że to przeze mnie umarła. Przez mój rok w szpitalu odnowy psychologicznej św. Alberta, Cindy zamiast walczyć o życie w szpitalu, spędzała czas w domu zapełniając moje nic nie warte cierpienie. Głaskałam ją po główce płacząc żewnie.
  - nie potrzebuje niczego - mamrotałam pod nosem -
Czas mijał wyjątkowo wolno,a mała zdawała się rozgrzewać mnie swoim małym ciepłym ciałkiem. Umknęła mi chwila, gdy ojciec wpadł do domu jak zamroczony rozglądając się chaotycznie w towarzystwie Harrego i Louisa. Siedziałam tak tylko i głaskałam ją po głowie, drugą najwazniejszą w moim życiu Docklands, której niedługo miało już nie być.
 - nie zosrawiaj mnie taty i Caroline, tata sobie nie poradzi, kochanie, na prawdę tatuś sobie nie poradzi - mamrotałam podnosząc ton głosu prawie do krzyku - Andy klęczała parę metrów od nas w objęciu Aarona i zanosiła tak szczerym płaczem, tak dla mnie dotkliwym tak oddanym, takim na jaki ja sama powinnam się już dawno była zdobyć.
Dziwne zjawisko miało wóczas miejsce, jakie to niebanalne, wręcz zadziwiające jak śmierć dziecka bywa wyjątkowa. Spojrzałam na Harrego przeciągle, z jego policzków ciekły łzy, a w oczach nie było ani odrobiny strachu,tylko względny spokój i być może lekkie oszołomienie. Mój ojciec stał tylko, z niedowierzaniem spoglądając mi na ręce. Widziałam w jego oczach nadzieję. Tak, miałam już 19 lat, nie byłam 9 letnią dziewczynką z pobladłymi od modlitwy kłykciami.
 - Tato, przepraszam - usłyszałam drobny głosik dochodzący z jej ust - mamusia powiedziała, że zawsze o nas zadba -
Lekarze którzy wpadli do pokoju z nienacka, zapewne pamietając mój niedawny dziki szał, odciągnęli mnie od małej i rozpoczęli akcję ratunkową. Nie byłam pewna, czy jej chwilowe odzyskanie przytomności działo się tylko w mojej podświadomości, czy być może ojciec przytulający mnie teraz też to słyszał. Nie płakałał, co często miał w zwyczaju, ściskał mnie tylko oniemiałymi ramionami i stał, nie drgnął ani na moment. Cisza była tak odległa, a dźwięk karetki pogotowia zabierający małą do szpitala, zbyt daleki, bym za nim pobiegła.

po tym fragmencie nastąpi zmiana narracji, jesteście ciekawi co będzie dalej? zapraszam!

3 komentarze:

  1. O.O
    Przepraszam zabrakło mi słów. To jest nie realne, piszesz FANTASTYCZNIE ! nie mogę w to uwierzyć po prostu ! nie umiem aktualnie nic powiedzieć a może raczej napisać, bo jestem w zbyt wielkim szoku.. jestem ciekawa i bd czytać ! CZEKAM ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. przez Ciebie i Twoje opowiadanie zarywam noce : <

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje opowiadania są nieziemskie szczególnie te z Harrym.
    Zazdroszcze talentu

    OdpowiedzUsuń